sobota, 8 marca 2014

Rozdział III

Słoneczny Zakątek 
Wiem,że mama nie lubi zostawiać mnie samej w domu , kiedy wychodzi
do pracy.W Londynie też nie lubiła. Ale byłam za duża , żeby zamawiać
opiekunki do dziecka, miałam już czternaście lat. Mogła jeszcze wysłać
mnie do pani Swift. Jeśli powiem, że wolałabym zjeść pudełko szpilek,
wszystko będzie jasne. Na szczęście mama mnie do niczego nie 
zmuszała.
Po śniadaniu wracałam do łóżka i czytałam książkę. a potem oglądałam
telewizję. Nie miałam nic innego do roboty. Jeszcze nie założyli nam
szerokopasmowego łącza, więc nie mogłam wejść do internetu. 
Ale tego ranka rozejrzałam się po ciasnej kuchni z zielonymi ścianami
i ogarną mnie lęk. Musiałam czym prędzej stąd wyjść.
Wzięłam listę zakupów, przyczepioną do drzwiczek lodówki, i wsunęłam
ja do kieszeni. Tym razem wzięłam najcieplejszą kurtkę i ulubioną
granatową czapkę, pod którą mogłam schować niesforne włosy. Po czym
sięgnęłam po klucze.
Gdy tylko znalazłam się na zewnątrz, od razu poczułam się trochę lepiej.
Zwolniłam kroku i ruszyłam przed siebie. 
Idąc ulicą, zawsze lubiłam zaglądać ludziom w okna. W wielu z nich 
firanki były zasunięte. ale wiedziałam, że przy końcu ulicy jest jedno okno
odsłonięte o każdej porze. Widziałam całe wnętrze, które wyglądało 
bardzo przytulnie. Wielki rudy kot spał na środku stołu. Było też 
pianino i duża, miękka kanapa z czerwoną poduszką ozdobioną 
frędzlami. W kominku, co prawda nie buzował ogień, ale mogłam go
sobie wyobrazić. Tak samo jak smakowity zapach świeżo upieczonego
ciasta, który - byłam tego pewna - wypełniał cały dom.
Zatrzymałam się przed tym oknem jak zwykle, przykleiłam nos
do szyby, lecz tym razem niespodziewanie ukazała się tuż przed moimi
oczami twarz jakieś dziewczyny. Wyskoczyła po prostu jak diabeł 
z piekła. Cofnęłam się z okrzykiem przestrachu i przez moment 
patrzyłyśmy jedna na drugą z ustami otwartymi ze zdumienia.
Musiała być mniej więcej w moim wieku. Miała długie, jasne włosy
i modne okulary w prostokątnych oprawkach. Zaczerwieniłam się 
i w końcu uciekłam w głąb ulicy, czując się jak idiotka. Pomyślałam 
że być może wzięła mnie za złodziejkę.  
I dopiero kiedy znowu znalazłam się na nadmorskiej promenadzie, 
uprzytomniałam sobie , że nie wiem, dokąd idę. Przez długą chwilę
zastanawiałam się, co z sobą zrobić. Wielka mewa z brudnawymi
piórami wylądowała nieopodal, wbijając we mnie oczy. Otworzyła
dziób i zaskrzeczała. Jakby wołała: "Wyrzutek! Wyrzutek!".
- Spadaj! - mruknęłam i tupnęłam  na nią. Uciekła, trzepocząc 
skrzydłami. 
Spojrzałam na morze. Tego dnia było lekko wzburzone. Spienione
fale zalewały raz po raz wąski pasek plaży. Tutaj plaża była 
kamienista. Wszystko tam było szarobure. Morze, niebo 
i budynki. Czułam wiatr na policzkach, ostry jak ptasie szpony.
Pochyliłam głowę i ruszyłam w tym kierunku co zazwyczaj. Ale 
w oddali zauważyłam okrągłą postać pani Swift, która ciągnęła
za sobą na kółeczkach kraciastą torbę na zakupy. Zrobiłam w tył
zwrot i przyspieszyłam kroku , zaczęłam oddalać się od centrum
miasteczka. 
Wokół nie było prawie nikogo. Przechodziła tylko jakaś para, 
kiedy mnie mijali, kobieta rzuciła na mnie podejrzliwe spojrzenie.
Miała podkrążone oczy. Nie sposób było odgadnąć jej wieku 
- mogła mieć dwadzieścia parę lat, lecz równie dobrze pięćdziesiąt. 
Pomyślałam, że to pewnie narkomani. Wiedziałam że, ojcu by się tu
nie spodobało. W przeciwieństwie do mamy wychował się na wsi.
Często mówił, że chciałby "rzucić to wszystko" , czyli Londyn. 
"Gdybyśmy wyjechali na wieś, kochanie, nie byłoby źle" - mówił.
Zaczęłam się zastanawiać, gdzie teraz jest ojciec. Może odsypia
wczorajszy koncert i tęskni za domem? Nie widziałam się z nim
 już od tygodnia. Chciałabym, żeby przyjechał, mówiłam o tym w
kółko i przez to nasłuchałam się od mamy. Mama nie pragnęła
jego odwiedzin. 
Pomyślałam, że powinnam wziąć się w garść. 
Budynków było wokół coraz mniej. Zobaczyłam ogrodzone osiedle
domków. Przystanęłam i spojrzałam na plakat wiszący na ogrodzeniu.
Śródziemnomorskie klimaty.Taki był napis u góry. Stałam przed nim
dobre 15 minut. 
Odchrząknęłam przez zaciśnięte gardło. Postanowiłam już wracać do 
domu, kiedy poczułam na sobie czyjś wzrok. Rozejrzałam się 
pośpiesznie, ale nikogo nie było widać. 
- Hej tam ... - zawołałam drżącym głosem. Odpowiedziało mi echo, 
jakby mnie przedrzeźniało. Odwróciłam się i rozejrzała jeszcze raz.
I wtedy zauważyłam postać siedzącą na murku przy nabrzeżu.
Pomyślałam, że widocznie nie zauważyłam jej , kiedy ją mijałam.
Sylwetka wydała mi się trochę znajoma. Rozpoznałam chłopaka, 
którego wczoraj spotkałam przed wiatą przystanku. Nie obrócił
się w moją stronę. zeskoczył z murku i zaczął się oddalać w szybkim,
lekkim krokiem. Szedł z pochyloną głową, bo porywisty wiatr wiał
mu w oczy. Tam, gdzie zeskoczył z murku, coś błyszczało na ziemi. 
Podeszłam, zaciekawiona. To coś jeszcze przez chwilę mieniło się 
w świetle słonecznym, zanim słońce się schowało za ciemną, zimową
chmurą. Pochyliłam się. Były to klucze. Wisiały na drewnianym 
breloczku w kształcie rosyjskiej laleczki w niebieskiej sukience. 
Jak na rzecz należącą do chłopaka, ten breloczek był zbyt 
dziewczyński. Spojrzałam w ślad za nim i zawołałam:
- Hej, tam!
Ale on mnie nie usłyszał. Oddalał się coraz szybciej. Znowu spojrzałam
na klucze. Przecież powinnam je oddać. Nie zastanawiając się, dlaczego
tak bardzo mnie to obchodzi, ruszyłam w ślad za nim. 
Zaczęłam biec, żeby go dogonić. Nie odwrócił się ani razu. Maszerował 
przed siebie, pod wiatr. Lekki mróz szczypał mnie w policzki. Z zimna
poczerwieniały mi ręce, ale biegłam dalej, choć nie wiedziałam, czemu
za nim gonię. Przyśpieszyłam jeszcze bardziej, kiedy mijałam publiczną 
toaletę, zionącą swoim smrodem na cały świat. 
Dobiegłam do podniszczonej tablicy z napisem: Własność prywatna - 
wstęp wzbroniony.Obok tabliczka: Słoneczny Zakątek. Z boku
budka dla biletera. Ale szyby w tej budce były wybite. W jednym z 
okien pająk rozpostarł pajęczynę, i można było pomyśleć, że gdyby nie
ona, budka dawno by się rozleciała. 
Dreszcz przeleciał mi po plecach. Znalazłam się chyba w najbardziej
opuszczonym miejscu na świecie. Przez chwilę wydawało mi się, że
z daleka słyszę śpiew. Ale to wiatr gwizdał w szczelinach.
Coś we mnie wołało : UCIEKAJ , ROSE! UCIEKAJ, ROSE! 
UCIEKAJ, ROSE!
Ale tymczasem moje palce sięgnęły do kieszeni dżinsów i wyciągnęły
stamtąd kartonik, ten, który podniosłam z ziemi poprzedniego dnia.
Bilet wstępu dla jednej osoby.
Spojrzałam na wyblakły błękit tego skrawka tektury i jakby wiedziona
instynktem, włożyłam go do maszyny zainstalowanej przy kołowrocie.
Wewnątrz z trzaskiem zaskoczył jakiś mechanizm. 
Zakończona szpikulcami furtka obróciła się z zapraszającym piskiem.
Ale skąd właściwie wiedziałam, że tak się stanie ?
                         
Od Autorki: Przepraszam , przepraszam i jeszcze raz przepraszam ,
że nie dotrzymałam słowa i rozdział nie pojawił się w czwartek. 
Po prostu w środę i czwartek uczyłam się do poprawy na sprawdzian,
który niestety zawaliłam . W piątek w szkole obchodziliśmy dzień kobiet 
i przyznam szczerze nie za bardzo chciało mi się brać za pisanie opowiadania.
Tak więc rozdział jest dzisiaj. Obiecuję, że się poprawię. ! 
Kolejny rozdział na 100% pojawi się w środę. !
Jeżeli macie jakieś uwagi to piszcie je. ! 
Jeżeli macie pytania to piszcie do mnie :
ask : http://ask.fm/Szylka
fb : https://www.facebook.com/profile.php?id=100003913424061
tt : https://twitter.com/BelieberSweeet
JESZCZE RAZ BARDZO PRZEPRASZAM !!!! ...




3 komentarze:

  1. Spoko nic się nie stało + cudowny rozdział =D nie mogę doczekać się kolejnego <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Liczę na kontynuację

    OdpowiedzUsuń

Szablon by Selly