sobota, 2 sierpnia 2014

Rozdział XXIX

Wiosna
Pięć miesięcy później.

- Rose! Rusz się! Bo się spóźnisz!
- Idę!
Skończyłam wiązać krawat ( nadal tak samo fioletowy i tak samo piękny).
Przejrzałam się w lustrze i wystawiłam język, a potem zbiegłam po 
schodach.
Mama stała przed lustrem w przedpokoju. Usta miała rozciągnięte w 
prostokąt, bo właśnie malowała je szminką. Ostatnio szminka była u niej
w ciągłym użyciu. Poza tym mama obcięła i ufarbowała włosy. I nie
obnosiła już takiej nieszczęśliwej miny.
- Pamiętasz, że dziś wieczorem wychodzę? - spytała.
- A dałabyś mi zapomnieć? Mówisz o tym od tygodnia.
- Uważaj, panienko! - zawołała i wymierzyła mi klapsa, kiedy wkraczałam
do kuchni.
Pochłonęłam miskę płatków z mlekiem i już byłam za drzwiami, w drodze
do szkoły. Zaczynał się pierwszy dzień drugiej połówki letniego semestru.
Słońce wcale nie świeciło zbyt ostro i nadal nie mogłam wyobrazić sobie
kapiących się plażowiczów, ale drzewa kwitły na całego i powietrze miało 
oszałamiający zapach. W tym dniach Stanford nie wydawało mi się 
wyjątkową dziurą, najgorszą na całym świecie, tylko dziurą całkiem
przeciętną i zwyczajną.
Co nieco zmieniło się w moim życiu od Gwiazdki.
Ojciec zamieszkał w Newcastle. I już nie rozpaczam z tego powodu. Nie
od razu przestałam być na niego wściekła. W końcu zgodziłam się go
odwiedzić, ale zapowiedziałam, że nie chcę widzieć jego narzeczonej.
Spełnił moje życzenie, trzymał ją z daleka ode mnie. Dopiero przy trzeciej
wizycie uznałam, że już czas się z tego wycofać. Nie mogę powiedzieć, że
Sara mnie zachwyciła. Ale jest w porządku. Da się z nią wytrzymać.
Mama spotyka się z Willem. Okazało się, że Will też jest w porządku. 
Po tej historii z McAllistairem awansował w swojej gazecie. Czasem
przychodzi mi ochota spytać, czy nie miałby dla mnie jakiegoś
ciekawego zlecenia.
Projekt osiedla nadmorskiego został znacznie okrojony i mówi się o tym, 
żeby odbudować wesołe miasteczko.
Ale nie sądzę, żebym tam kiedyś poszła. Zostawiłam tam zbyt wiele
wspomnień.
Nie zapomniałam o Justin'ie. Tęsknię za nim przez cały czas. Kiedy o nim
myślę, czasem tak drżą mi kolana, że muszę czym prędzej usiąść. 
Dlaczego akurat ja? - zastanawiam się. - Dlaczego byłam jedyną osobą,
która mogła go zobaczyć? I wydaje mi się, że nigdy nie poznam odpowiedzi.
Czasem się zastanawiam, czy naprawdę znałam chłopca, który był 
duchem, czy tylko przeżyłam coś w rodzaju załamania nerwowego z 
powodu przeprowadzki i rozstania rodziców.\Ale jednak to niemożliwe.
Wystarczy spojrzeć na fotografię, żeby przypomnieć sobie, jak mnie
obejmował, jak się całowaliśmy, jak jego twarz się rozjaśniała na mój widok.
Kiedy za dużo myślę o tym wszystkim, ogarnia mnie zamęt i zaczynam
wątpić, czy jestem przy zdrowych zmysłach. Wtedy wiem, że pora 
wrócić do życia.
U wylotu naszej ulicy czekała na mnie Abbie, bo do szkoły chodzimy razem.
Macham jej z daleka, a ona powtarza mój gest. Abbie niczym się
specjalnie nie przejmuje. Jest tak wesoła z tym swoim luzem. Trochę jej tego
zazdroszczę. Gdybym opowiedziała jej, co naprawdę zdarzyło się 
w zimie, pewnie wysłuchałaby tego bez mrugnięcia okiem.
Ale nigdy jej nie powiem.
Kidy się do niej zbliżam, obok przejeżdża furgonetka lodziarza z melodyjnym
klaksonem. Cierpnie mi skóra, bo to jest ta sama melodyjka, którą słyszałam
w wesołym miasteczku w dniu, kiedy poznałam Justin'a.
Patrzę w ślad za furgonetką i zaczynam się znowu zastanawiać...
Przestań Rose - mówię sobie w duchu. - Justin odszedł.
Ściska mnie w gardle i przez chwilę czuję w sercu taki ból, że nie mogę oddychać.
- Cześć - mówi Abbie z uśmiechem. 
- Cześć - odpowiadam, otrząsając się ze swoich myśli.
- Gotowa na trudy edukacji? - pyta, swoim zwyczajem podnosząc brew.
- Tak! - odpowiadam. - do roboty!

Od Autorki: Tak o to dobrnęliśmy razem do ostatniego
rozdziału... który kończy przygodę Justin'a i Rose.
Mam nadzieję, że moje opowiadanie podobało Wam 
się i może wrócicie do niego po latach...
Dziękuję za 264 komentarze i 20000 wyświetleń.
Dziękuję, że czytaliście mojego bloga.
Mam nadzieję ... że za bardzo Was nie zanudziłam. :/
Pozdrawiam.... Do usłyszenia.... Na moim drugim blogu.
Będzie mi Was bardzo brakowało. :(
Wszyscy którzy czytali tego bloga proszę o 
skomentowanie tego rozdziału - chciałabym
wiedzieć ile osób go czytało. Tak na koniec.

Czytasz=Komentujesz=Motywujesz <3

wtorek, 22 lipca 2014

Rozdział XXVIII

Oto news
Kurier Południowej Kanady
Ostatnia aktualizacja 04:50
Szajka wyzyskiwaczy cudzoziemskiej siły roboczej zatrzymana w sennym
miasteczku Południowej Kanady.

Policja wykryła w miasteczku Stanford szajkę złożoną ze znaczących 
osobistości miejscowego biznesu. Grupa ta podejmowała się szereg
przedsięwzięć biznesowych i budowlanych, w tym budowy wartego
milion funtów osiedla nadmorskiego z przystanią. Policjanci znaleźli
120 imigrantów pracujących dla spółki nielegalnie przetrzymywanych
w skandalicznych warunkach. Pochodzą oni między innymi z
Chorwacji, Chin i Pakistanu.
Po ich przybyciu do Kanady odebrano im paszporty. Od większości
ofiar tego procederu żądano odpracowania ogromnych sum wyłożonych
rzekomo na ich przyjazd.
Miejscowy milioner i biznesmen Alexander McAllistair został aresztowany
razem z kilkoma członkami rady miejskiej. Odpowiedzą oni za złamanie
ustawy z roku 2007 o zakazie handlu ludźmi.
Pierwsza wiadomość o tej sprawie ukazała się na łamach The Stanford
Advertiser. Dziennikarz tej gazety Will Swift powiedział nam: "Nie
mogę ujawnić źródła moich informacji. Otrzymałem dowody obciążające
kilka wpływowych postaci lokalnego życia gospodarczego i 
niezwłocznie przekazałem je właściwym władzom".
Rzecznik Fundacji Drozd zajmującej się zwalczaniem wyzysku i handlu
ludźmi, oświadczył: "W naszym świecie nie ma miejsca na niewolnictwo.
Mamy nadzieję, że winni poniosą odpowiednią karę".

Nie miałam możliwości sprawdzić, co jest na karcie pamięci, którą znalazłam
w breloku Pattie. Byłam przekonana, że to coś ważnego, skoro Pattie
ukryła to tak przemyślanie. I miałam rację. Były tam wszystkie zdjęcia
i dokumenty, nie wyłączając oświadczenia Lili. Will nie wiedział, kto był
jego źródłem, bo wysłałam mu tę kartę pamięci anonimowo, na wszelki
wypadek zmieniając charakter pisma. Nie widziałam innej możliwości
załatwienia tej sprawy. Na samą myśl, że miałabym wytłumaczyć mamie,
jak weszłam w posiadanie tych dokumentów, cierpła mi skóra. Przecież
nie uwierzyłaby mi w ani jedno słowo, gdybym opowiedziała jej o Justin'ie.
To, co Will znalazł na karcie pamięci, było jak bomba odpalona w samym
środku Stanford. Wkrótce po ukazaniu się tej wiadomości w gazetach,
McAllistair został zwolniony z aresztu za kaucją i czekał na swój proces.
Jak się okazało, do szajki należał również jeden z policjantów i kilku członków
rady miejskiej.
Nigdy nie dowiedziałam się, co się stało z Lili. Mam nadzieję, że wróciła do
domu, do rodziny, i że już się nie musi bać niczego ani nikogo. Ale być może
nigdy nie uda jej się zapomnieć o tym, co przeżyła.
Najgorsza była dla mnie myśl, że prawda o śmierci Justin'a i Pattie
prawdopodobnie nigdy nie ujrzy światła dziennego. Na tę część historii nie
miałam żadnego dowodu. Wydawało mi się czymś strasznie, niesprawiedliwym,
że McAllistair i jego wspólnicy nie odpowiedzą za morderstwo. Bo
przecież je popełnili. Ale przynajmniej nie będą już mogli dręczyć następnych
ofiar.
Było w tym wszystkim również coś optymistycznego. W którejść z lokalnych
gazet znalazłam wzmiankę o fotografiach odkrytych w wesołym miasteczku.
Przeczytałam, że zostaną wystawione w miejskim muzeum, w dziale
historycznym.
Więc Pattie będzie jednak miała swoją wystawę.
Justin byłby z niej taki dumny.
Justin...
Zawsze, kiedy przypominam sobie, jak odchodzi w strugach deszczu, na nowo
przeżywałam boleśnie nasze pożegnanie.
Chciałabym zasłużyć na to, żeby jeszcze kiedyś go spotkać.

Od Autorki: No i mamy przed ostatni rozdział...
Trochę się wyjaśniło... <3
Kolejny rozdział pojawi się w czwartek. <3
Dziękuję Wszystkim tym co czytają tego bloga. ! - Jestem bardzo bardzo
wdzięczna. ! <3

Czytasz=Komentujesz=Motywujesz.


czwartek, 17 lipca 2014

Rozdział XXVII

Nie ma Justin'a
Podbiegłam do miejsca, w którym widziałam ich jeszcze przed chwilą.
- Justin! - wołałam. - Justin!
Ale to na nic. Odszedł. Nie było go. tylko mój uparty umysł nie chciał
tego przyjąć do wiadomości.
- Nie, nie! - powtarzałam pod nosem raz po raz, łykając gorzkie łzy. 
A potem nagle zauważyłam, że kulę się i obejmuję rekami ramiona, 
wstrząsane szlochem.
Zaciskając powieki, wspominałam nasz pierwszy pocałunek. Jak coś, co
się zdarzyło w pradawnych czasach, w innym życiu. Pamiętałam, jak 
splótł nasze dłonie, zanim nasze usta się spotkały. Pamiętałam wszystko,
mogłabym bez trudu przywołać tamtą chwilę i zanurzyć się niej. Ale 
przysłaniał ją obraz Justin'a biegnącego ku Pattie, obraz Justin'a 
znikającego z mojego życia.
Po prostu nie mogłam uwierzyć, że już nigdy go nie zobaczę. Wydawało
mi się to straszną, niezasłużoną krzywdą i naprawdę nie mogłam tego
znieść. Zawsze myślałam, że rozdzieranie się serca to tylko figura stylistyczna,
ale wtedy czułam prawdziwy ból w klatce piersiowej. Tak, bolało. 
Bolało bardzo.
Straciłam poczucie czasu, ale po paru minutach czy też kwadransach
zauważyłam, że obok mnie coś leży na ziemi. To były klucze Justin'a.
Schyliłam się, podniosłam je i przycisnęłam do ust. Miałam coś, co należało 
do niego, i to pomagało mi się trochę uspokoić. Po chwili pozbierałam się na
tyle, by sięgnąć po chusteczkę higieniczną i otrzeć spuchnięte oczy. A kiedy
sięgnęłam do kieszeni, dotarła do mnie straszna prawda...
"Pilnuj tego jak oka w głowie..." - powiedział mi Justin.
Nie było koperty. Obmacałam się dokładnie i jęknęłam boleśnie. Zniknęła.
Popędziłam w stronę głównej drogi i dalej, tam, skąd nadeszłam. Nie 
odważyłam się wrócić do wesołego miasteczka, bo słyszałam stamtąd syreny 
samochodów strażackich, ale cofnęłam się bardzo daleko, uważnie patrząc 
pod nogi. W końcu zwolniłam. Nic już nie widziałam, oczy miałam pełne łez. 
Byłam w rozpaczy.
Głupia, głupia, głupia...
Znaleźliśmy ją cudem, a teraz ją straciłam.
Justin i Pattie zginęli na próżno.
Byłam przemoczona do ostatniej nitki, odchodziłam od zmysłów ze smutku
i z zimna. Nie pamiętałam, jak trafić do domu.
Ale kiedy już się tam znalazłam, mama była na mnie wściekła za to, w jakim
stanie wróciłam i palnęła mi kazanie. Upierałam się, że kiedy wyszłam od 
Abbie, wybrałam się na spacer po plaży. Wymyśliłam jakąś historyjkę
o skale, o którą rzekomo potknęłam się i upadłam.
Mama najwyraźniej nie wierzyła w ani jego moje słowo, ale nie miała
sposobu, żeby dowiedzieć się, co naprawdę się stało. W końcu zorientowała
się, że mam gorączkę i wpakowała mnie do łóżka, gdzie płakałam 
i płakałam, aż zasnęłam.
Spałam przez całą noc, a potem przez cały dzień. 
A kiedy już się obudziłam, przez chwilę wydawało mi się, że umarłam.
Pokój był skąpany w białym blasku a wszędzie panowała zupełna cisza. 
Przeleciała mi przez głowę szalona myśl, że jestem w niebie i zaraz zobaczę
Justin'a. Potem zobaczyłam niedojedzoną grzankę i kubek niedopitej
herbaty na moim nocnym stoliku. Ostrożnie stanęłam na łóżku i rozsunęłam
firanki.
Świat nie był już taki sam ja przedtem. Coś się w nim zmieniło, kiedy 
spałam. Przykryła go gruba warstwa śniegu, który iskrzył w zimowym
słońcu. Wyglądał jak na świątecznej pocztówce. W innych okolicznościach
wpadłabym w zachwyt. Ale wszystko mnie bolało, jak bym straciła skórę
i moje nerwy znalazły się na wierzchu.
Usiadłam na łóżku. nie mogłam myśleć o niczym innym, tylko o Justin'ie. 
Przypominałam sobie wszystkie nasze spotkania, w kółko i na okrągło. 
Czy to możliwe, żeby tak po prostu zniknął? A kiedy pomyślałam o
zgubionej kopercie, aż się skręciłam ze wstydu.
Tak strasznie chciałam go znowu zobaczyć.
Zaczęłam gorączkowo szukać ubrania, które miałam wczoraj na sobie,
przede wszystkim dżinsów.
Pamiętałam, ze przed wyjściem z domu włożyłam do kieszeni jego zdjęcie.
Niestety wyglądało na to, że mama zabrała to wszystko do prania. Już
zaczęłam ją za to przeklinać, gdy zauważyłam, że na stole leży równiutko
to, co wyjęła z moich kieszeni. Były tam klucze z breloczkiem, pomięte 
papiery. Fotografię Justin'a położyła wymownie na samym wierzchu.
Wiedziałam, że będę wypytywana o te przedmioty. Mama bez wątpienia
czekała, aż przyjdę do siebie, żeby móc mnie posłuchać.
Wlazłam znowu pod kołdrę, ściskając klucze w dłoni i wpatrując się
w fotografię. Jakbym uczyła się na pamięć twarzy Justin'a. Pocałowałam
zdjęcie i przyłożyłam je do serca, zaciskając powieki. Jego obraz już
zaczynał tracić kontury. Wiedziałam, że wkrótce Justin stanie się
mglistym wspomnieniem, choćbym nawet ze wszystkich sił pragnęła
zachować go w pamięci.
Ze ściśniętym gardłem obracałam w dłoni klucze z drewnianą figurką
u breloka. Justin powiedział mi kiedyś, że ta figurka przynosi szczęście.
Ale na pewno nie przyniosła szczęścia jemu ani Pattie. Przyjrzałam się
jej uważnie po raz pierwszy i zauważyłam, że można ją otworzyć.
Spodziewałam się zobaczyć w jej wnętrzu drugą, mniejszą figurkę. Ale
znalazłam coś zupełnie innego.
Coś, co wyglądało jak karta pamięci z aparatu fotograficznego.
I uśmiechnęłam się.

Od Autorki: No i mamy rozdział 27. <3
Zbliżamy się już pomału do końca. :)
Jestem dumna.... z Siebie i z Was. !
Ja... napisałam rozdział na czas.
Wy... pięknie skomentowaliście poprzedni rozdział.
DZIĘKUJE <33
Kolejny rozdział we wtorek. <33
Mam nadzieję że do tego rozdziału również będzie tyle komentarzy. <3
Więc... hmm... to chyba wszystko...
Do wtorku. <3
Kocham Was!! <33

Czytasz=Komentujesz=Motywujesz




wtorek, 15 lipca 2014

Rozdział XXVI

Nie chcę powiedzieć: Żegnaj
Ostrożnie uchylił drzwi, chwycił mnie za rękę i pociągnął za sobą. Z zewnątrz
dobiega metaliczny huk i zgrzyt. Przy każdym odgłosie aż podskakiwałam.
Ale Justin wiedział, którędy mnie prowadzi. Trzymał mnie mocno za rękę
i tak doszliśmy do wyjścia z tunelu strachu.
Tam zatrzymaliśmy się i wystawił głowę na zewnątrz. Przeraziłam się, ale
po chwili przypomniałam sobie, że nikt oprócz mnie nie może go zobaczyć.
- Bardzo dużo robotników. Nie wiem, czy McAllistair też tu jest. Ale przy
diabelskim młynie stoi paru facetów z aktówkami. Są dźwigi i inne maszyny
i zaraz zaczną rozwalać konstrukcje. Posłuchaj, Rose... Spróbuję
odwrócić ich uwagę. Musisz w tym czasie dobiec do wyjścia. Dasz radę?
- Tak, ale co właściwie chcesz zrobić, Justin? Uważaj na siebie. nie chcę, 
żeby coś ci się stało! - powiedziałam, a mój głos przeszedł w pisk. Nie
mogłam powiedzieć nic lepszego, wiedzieliśmy o tym oboje. Ale Justin
się ze mnie nie śmiał. Delikatnie położył palec na moich ustach, pochylił
się i pocałował mnie. Patrzył mi głęboko w oczy, a jego oczy zdawały
się być tak ciemne i spoglądały tak poważnie, że aż ścisnęło mnie w
krtani ze strachu, bo zrozumiałam, że jemu nie może się stać nic złego,
ale mnie - tak.
I właśnie wtedy rozległ się potężny hałas. Oderwali duży fragment 
stalowych szyn diabelskiego młyna. Drgnęliśmy oboje, ale Justin nie
wydawał się zdenerwowany. 
- Pójdę tam pierwszy. Muszę ich zająć sobą. A kiedy już tam będę,
ty szybko biegnij do wyjścia.
Jeszcze raz musną ustami moje wargi, przytulił mnie mocno i ruszył
w głąb wesołego miasteczka. Był już dość daleko, kiedy się 
odwrócił.
- Spotkamy się na...
Ale wokół było tak głośno, że hałas zagłuszył dalsze słowa.
- Justin! - zawołałam. - Nie wiem, gdzie się mamy spotkać!
Tego już nie usłyszał, bo biegł dalej przed siebie. Na chwilę poddałam
się panice. Zostałam zupełnie sama. chciałam zwinąć się w kłębek
i ukryć w jakiejś dziurze.
Nie było obawy, że ktoś zaatakuje dziewczynę w obecności tylu 
świadków. Ale wiedziałam dobrze, do czego jest zdolny McAllistair.
Jeśli mnie tutaj zobaczy, Stanforld może stać się miejscem śmiertelnie
niebezpiecznym dla mnie i mojej mamy. McAllistair wiedział, gdzie
mieszkam. Pomyślałam o mamie i nieomal się rozpłakałam. Mama
krzątała się po domu, przekonana, że siedzę u Abbie.
Wiedziałam, że muszę biec do wyjścia, lecz stopy miałam jak z 
ołowiu. Wzięłam kilka głębokich oddechów i zmusiłam się do
wyjścia z tunelu strachu, krok za krokiem. W pobliżu stało mnóstwo
ludzi, ale wszyscy oni patrzyli na diabelski młyn. Padając, wydawał
z siebie dziki ryk wielkiego, śmiertelnie rannego zwierzęcia. 
Ogarnął mnie smutek. To jego koniec, już nigdy nikt nie wsiądzie
do wagoników. Wszystkie konstrukcje rozpadną się w tumanach
pyłu i wesołe miasteczko stanie się wspomnieniem.
Z pochylona głową biegłam szybko w stronę wyjścia, omijając
stosy gruzu i żelastwa. Kołowrót przy wejściu został już
zdemontowany, droga była wolna. Poczułam ulgę. Znalazłam się
prawie u celu, jeszcze tylko parę kroków...
I właśnie wtedy zobaczyłam czarną terenówkę. Parkowała przy 
samym wyjściu, a wysoki mężczyzna w długim szarym płaszczu
własnie z niej wysiadł. Alex McAllistair. Zamarłam, jak dziki
królik w światłach reflektorów. Zauważył mnie.
Nic nie powiedział. Nie krzyknął. Przez to przeraziłam się jeszcze
bardziej. Zachował kamienną twarz. Odwróciłam się i zaczęłam
biec w przeciwnym kierunku, w głąb wesołego miasteczka. Ale
wkrótce usłyszałam tupot jego ciężkich kroków za plecami. 
Chciałam wrócić do tunelu strachu i tam się schować, ale byłam tak
przerażona, ze potknęłam się o jakieś deski, przeleciałam w 
powietrzu kilka metrów i upadłam na ziemię.
Czyjaś szorstka ręka postawiła mnie z powrotem na nogi. Nad sobą
ujrzałam rozwścieczoną twarz McAllistaira. Zadrżały mi kolana
i oblałam się zimnym potem, ale nie opuściłam wzroku. Nie byłam
w stanie oderwać go od pary zimnych oczu, które miałam przed sobą.
- Czego tu szukasz, do jasnej cholery? Kto ci kazał węszyć?
Czułam na sobie jego oddech, przesiąknięty zapachem tytoniu. 
Kropla jego śliny upadła mi na powiekę.
Miałam pustkę w głowie. Potrafiłam się tylko wyrywać. Ale jego
chwyt był żelazny.
- Wsiądziesz teraz do mojego samochodu i porozmawiamy sobie,
moja panno - powiedział. - Powiesz mi, co to wszystko ma znaczyć.
Grupa mężczyzn w roboczych kaskach wyszła zza pobliskiego
budynku. Jeden z nich zadał pytanie, którego nie zrozumiałam. Nie
zatrzymując się, McAllistair w odpowiedzi odkrzyknął coś o
chuligaństwie. Ciągnął mnie za sobą do samochodu.
Ale naraz usłyszałam okrzyki zdumienia. McAllistair nie rozluźnił
uchwytu, zwolnił tylko i spojrzał w tamtą stronę. Wydawało się,
że ziemia drży. Rozejrzałam się, zdezorientowana. Dopiero gdy 
usłyszałam ten krzyk, zrozumiałam, co się dzieje. 
- Jakiś idiota uruchomił mechanizm!
Spojrzałam w tamtą stronę i zobaczyłam, że wagoniki diabelskiego
młyna ruszyły z miejsca, mimo że brakowało już sporej części szyn.
Tłum, zgromadzony u podstawy, zaczął krzyczeć z przerażenia. Paru
ludzi usiłowało wyłączyć zasilanie, zanim wagoniki wzniosą się w górę,
zanim znajdą się tam, gdzie szyn już nie było. Ale nie zdążyli. I oto
siła odśrodkowa zaczęła po kolei wyrzucać te wagoniki w przestrzeń.
Ludzie patrzyli oniemiali, jak pierwszy z nich przecina niebo, a za
nim niebezpieczny, długi sznur kolejnych...
Zapanowało kompletne zamieszanie, a McAllistair puścił moje ramię.
Ludzie rozbiegli się we wszystkich kierunkach, chroniąc się przed
wagonikami, spadającymi z nieba jak bomby. Zobaczyłam dym
i płomienie i skorzystałam z okazji, żeby co sił w nogach popędzić
do wyjścia.
Nie przestawałam biec, póki nie znalazłam się daleko na nadbrzeżnej
promenadzie. Nie mogłam złapać oddechu, kuło mnie w boku. Słyszałam
w oddali syreny wozów strażackich, a może karetek pogotowia.
Nad terenami wesołego miasteczka wznosił się słup dymu. Drżąc
rozcierałam sobie ramiona. Justin rzeczywiście zajął ich uwagę efektownym
widokiem. Miałam nadzieję, że nikt nie został ranny, choć nie zmartwiało mnie,
gdyby coś złego się stało McAllistairowi. Usiadłam na ławeczkę i popatrzyłam
na morze. Nie mogłam sobie darować, że nie usłyszałam, gdzie Justin chcę
się ze mną spotkać.
Dokąd by poszedł? Gdzie w ogóle mógł się podziać? Poczułam złość na
Justina, że nie umówił się ze mną porządnie. Czy jeszcze się zobaczymy?
Jeśli domysł Justina był słuszny, to rozbiórka wesołego miasteczka
przyśpieszyło jego zniknięcie.
Zrobiło mi się zimno, kiedy to zrozumiałam.
Justin będzie tam, gdzie zdarzył się wypadek. Czułam to. Byłam pewna.
Mdlący strach ścisnął mi przeponę. Nie chciałam oglądać miejsca w
którym Justin zginął. Obawiałam się, że tam jego śmierć stanie się dla
mnie zbyt rzeczywista. Ale jakoś wiedziałam, że tylko tam mogę go
spotkać. U musiałam się tam udać. Natychmiast.
Obok przechodził starszy mężczyzna. Podbiegłam do niego tak nagle,
że aż się cofnął. Miałam rozwiane włosy i chyba wyglądałam trochę
dziwnie. Usiłowałam uśmiechnąć się, żeby go nie przestraszyć.
- Przepraszam, czy mógłby mi pan powiedzieć, jak się idzie na
St. Lawrence Headland?
- No więc... - zaczął mi to tłumaczyć tak rozwlekle i mętnie, że aż
przebierałam nogami z niecierpliwości i powstrzymywałam się, żeby nim
nie potrząsnąć, ale po chwili wiedziałam już z grubsza, jak tam trafić,
więc podziękowałam i pobiegłam. to było około dziesięciu minut drogi
piechotą. Zaczęło z lekka mżyć, a potem mżawka zmieniła się w
ulewę. Czułam krople deszczu na karku. Wilgotne kosmki włosów
przyklejały mi się do twarzy. Ale nie zwracałam na to uwagi. Chciałam
tylko zobaczyć Justin'a.
Zgodnie z objaśnieniami starszego pana, wkrótce minęłam zakręt i
zobaczyłam urwisko sterczące nad samym brzegiem morza. Było
ogrodzone dziurawym parkanem z drucianej siatki pomalowanej na
pomarańczowo i oznaczone napisem: Uwaga! Niebezpieczeństwo!
Erozja gruntu!. Pomyślałam, że Pattie i Justin przelecieli przez ten
parkan i wpadli do wody właśnie tutaj. Odwróciłam się w stronę lądu
i rozejrzałam się. Tam biegła z pewnością droga, którą podróżowali
tamtego strasznego wieczoru.
Wszystko wyglądało tak, jak to opisał Justin. Ten widok sprawił, że
źle się poczułam. Tego, co się stało, nie da się już odwrócić.Wiedziałam,
że jeśli Justin się zaraz nie pojawi, nie będę wstanie tu wytrzymać.
Przelazłam przez płot, kalecząc sobie kolano, które zaczęło krwawić.
Na dżinsach pokazała się czerwona plama. Lało jak z cebra. Osłaniając
twarz, patrzyłam na morze, którego fale z furią rozbijały się o skały,
a deszcz zacinał, "rażąc" wzburzoną powierzchnię wody milionami igieł.
Na samej krawędzi stała ławka. Pomyślałam, że zanim urwisko się
osunęło, ławka zapewne stała w pewnej odległości od krawędzi.
Podeszłam do niej ostrożnie i obejrzałam ją z bliska. Wydawało mi się,
że ma razie można jeszcze w miarę bezpiecznie na niej siedzieć.
Drżąc z wyczerpania, opadłam na tę ławkę i zaczęłam oglądać
pulsujące bólem kolano.
- Cześć!
Podskoczyłam i odwróciłam się. To był Justin. Stał obok i chociaż
się uśmiechał, w jego oczach było coś bardzo poważnego. Zrobiłam
krok w jego stronę i zatrzymałam się.
- Musieliście tu wywrócić niezłego kozła - odezwałam się głupio.
- Nie mogę przestać o tym myśleć - odpowiedział Justin. - wszystko
w porządku? Nikt cię nie widział, kiedy uciekałaś?
- W porządku - odpowiedziałam spokojnie. Przez chwilę staliśmy
w milczeniu. Włosy Justin'a, mokre od deszczu, przylepiły się do
czoła, a jego oczy wydały mi się bardziej brązowe niż kiedykolwiek.
Zauważyłam ze zdumieniem, że lśnią od wilgoci, która nie miała nic
wspólnego z deszczem.
- Rose... - zaczął, a ja chciałam zatkać sobie uszy i ze wszystkich sił
krzyczeć, że nie chcę słuchać tego, co zamierza mi powiedzieć.
Podszedł bliżej i wziął mnie za rękę. Poszukał wzrokiem mojego
spojrzenia. - Już czas. Rozumiesz to, prawda?
- Nie możesz tego wiedzieć - zapłakałam. Uśmiechnął się smutno.
- Mogę. Wiesz, że mogę.
Rozchylił kołnierz bluzy i zobaczyłam to samo dziwne migotanie, które
przedtem pokazał mi na końcach palców. Widocznie zjawisko miało
tendencję do rozszerzania się. Dotknęłam półprzezroczystego miejsca
między jego krtanią a mostkiem. Moje palce natrafiły na ciało stałe,
ale i tak zaczęły drżeć.
- Nie boisz się? - spytałam, a łzy potoczyły się po moich policzkach.
- Ani trochę. Jestem teraz bardzo zmęczony. To, że cię poznałem...
to było najlepsze, co mnie spotkało. Ale przecież oboje wiemy, że
to nie mogło być na zawsze...
Objął mnie mocno i całował przez dłuższą chwilę, a twarze mieliśmy
mokre od deszczu i łez. A potem zauważyłam, że Justin przygląda
się czemuś, co zobaczył za moimi plecami. Otworzył szeroko
oczy. I znowu uśmiechnął się blado.
- Co tam widzisz, Justin? - odwróciłam się i zobaczyłam w strugach
deszczu drobną, ciemnowłosą, wyprostowaną kobietę.
- To ona... - szepnęłam. Skinął głową.
Pochylił się i pocałował mnie jeszcze raz. Wczepiłam się w niego mocno.
- Nie idź! Nie chcę, żebyś już odszedł! - zawołałam.
Ale on odsunął mnie łagodnie.
- Muszę, Rose. Muszę odejść. Przecież to rozumiesz.
- Tak. Tylko bez pożegnań. Nie zniosłabym ich. Po prostu odejdź.
Mówiłam głupstwa. Jakbym wierzyła, że bez pożegnać jego
odejście nie będzie prawdziwe i ostateczne.
Przytulił mnie po raz ostatni, tak mocno, że nie mogłam oddychać.
Usłyszałam jego szept:
- Rose...
A potem wypuścił mnie z ramion i zaczął iść. Pochyliłam głowę, krople
wody kapały z mojego podbródka, ale nie mogłam oderwać od niego
wzroku.
Justin i Pattie zaczęli biec w tej samej chwili. Usłyszałam jej okrzyk:
- Justin!
I padli sobie w ramiona.
Ulewa stała się tak gwałtowna, że już prawie nic nie widziałam. Otarłam
oczy rękawem kurtki i przymknęłam je na moment, a kiedy znowu je
otworzyłam, wokół nie było nikogo.
Stałam na urwisku nad brzegiem morza, zupełnie sama.

Od Autorki: Trochę smutno... Ale niestety nie mogło być
inaczej... :( :)
Pomału zbliżamy się do końca całego bloga... zostały tylko 3 rozdziały.
....
Przepraszam że rozdział nie pojawił się na czas .... ale po prostu
miałam problemy rodzinne. :/
Następny rozdział pojawi się w piątek .... <3
Chciałabym aby każdy kto czyta tego bloga zostawił pod tym
postem po sobie ślad... Wystarczy kropka ( . ) - a wtedy będę
wiedziała il;e osób to czyta. !
...
Bo pod poprzednim rozdziałem nie było za dużo komentarzy ( 5 ) 
- nie zależy mi zbytnio na nich... po piszę dla siebie i dla tych 
niektórych osób.  Informuję o nowych rozdziałach ok. 20-25 osób...
... a komentarzy jest tak niewiele ... to po co chcecie być informowani...
... ten kto już nie czyta lub mu się znudził ten blog... BO MOŻE...! - niech 
napisze w komentarzu to przestanę informować go o nowych postach.

Czytasz = Komentujesz = Motywujesz. <3




czwartek, 10 lipca 2014

Rozdział XXV

Lily
Nazajutrz, z samego rana mama wyciągnęła mnie do miasta, na ostatnie
szkolne zakupy. Kiedy szłyśmy przez Stanford, przyglądałam się ludziom
w jakiś nowy, bardziej uważny sposób. Zwracałam uwagę na szczegóły,
takie jak egzotyczna uroda, obcy akcent. Próbowałam sobie wyobrazić,
jak bym się tutaj czuła, gdybym przyjechała z daleka i nie znała 
angielskiego. I byłabym zmuszana do pracy przez zastraszanie i maltretowanie.
Nigdy nie pomyślałam o sobie jako o kimś szczególnie uprzywilejowanym,
zwłaszcza odkąd się okazało, że muszę wyjechać z Londynu do tej dziury
i rozpadła mi się rodzina. Ale teraz już rozumiałam, że moje położenie jest
znacznie lepsze, niż mi się wydawało.
Na poczcie stałyśmy w długiej kolejce. Patrzyłam przez okno na ulicę. 
Myślałam o Justin'ie i dlatego z opóźnieniem rozpoznałam tę pochyloną,
szybko przemykającą drobną postać.
To była Lili, dziewczyna ze szwalni.
Nie tłumacząc niczego mamie, wyskoczyłam na ulicę i zobaczyłam, że Lili 
skręca w przecznicę naprzeciwko banku.
- Lili!
Wcale nie zamierzałam krzyknąć tak głośno. Aż podskoczyła, jakby poraził ją
prąd. Odwróciłam się. Oparta o ścianę,  patrzyła na mnie  szeroko otwartymi
ciemnymi oczami i skubał kołnierz swojej cienkiej, podszytej wiatrem kurteczki.
Była tak mała i krucha. że czułam się przy niej jak Guliwer wśród Liliputów.
Z tymi ciemnymi włosami, z wystającymi kośćmi policzkowymi przypomniała
trochę Pattie i pomyślałam, że może ona jest Chorwatką.
- Skąd znasz moje imię? - spytała, wbijając we mnie przerażony wzrok. -
Czego chcesz?
- Niczego, nie bój się. Chcę tylko porozmawiać.
Oddychała ciężko i mrugała powiekami. Jak osaczone zwierzę.
- Znałaś Pattie, prawda?
Efekt był natychmiastowy. Jej oczy napełniały się łzami i kiwnęła głową bez słowa.
- Jak ją poznałaś?- spytałam łagodnie.
- Pracowałyśmy razem przy sprzątaniu.
Przypomniało mi się, co mówił Justin: że Pattie wiele razy zmieniła pracę.
Lili musiała nabrać zaufania  do Pattie, kiedy pracowały razem.
-Pattie pomagać, a teraz nieżywa - powiedziała prosto z mostu i lekko
podniosła podbródek. - Ja też zaraz nieżywa, gdyby z tobą rozmawiać.
- Jeśli pójdziesz ze mną na policję, oni ci pomogą Lili - powiedziałam, ale ona
gwałtownie potrząsnęła głową.
- Policja wiedzieć. To na nic. Zostaw mnie.
Zanim zdążyłam znowu otworzyć usta, odwróciła się napięcie i pobiegła przed
siebie.
Wróciłam na pocztę, oszołomiona. Lili powiedziała  mi, że policja wie, co się tu
dzieje. Do kogo pójść z tą sprawą, jeśli  nawet policji nie można zaufać?
I wtedy pomyślałam o Willu, który jest dziennikarzem.
Może powinnam powiedzieć o wszystkim, a on napisze wielki artykuł. Ale
nadal nie miałam żadnych dowodów. I nie będzie ich, bo ludzie jak Lili za
bardzo się boją, żeby mówić. Wszystko to wyglądało beznadziejnie. Jeszcze
nigdy w życiu nie poczuła się tak bezradna.
Mama zrobiła mi wymówki, bo zniknęłam bez słowa. Więc wymamrotałam pod
nosem, że zobaczyłam na ulicy kogoś znajomego.Ale ledwie jej słuchałam.
Byłam tak rozkojarzona, że nie zauważyłam Abbie, póki nie zatrzymała się przy
nas.
- O! Cześć, Abbie! - powitała ją mama.
- Dzień dobry, proszę pani - odpowiedziała grzecznie.
- Cześć, Rose.
 Uśmiechnęłam się.
 Abbie przyglądała się mi ciekawie.
- Umówiłam się z paroma dziewczynami ze szkoły w kawiarence.- powiedziała.
Chcesz iść ze mną. Rose?
Zawahałam się. Tydzień temu przepuściłabym takiej okazji. Ale teraz w mojej
głowie panował taki zamęt, że nie byłam pewna, czy potrafię prowadzić
normalną rozmowę.
- Nie mam nic przeciwko temu, kochanie - zapewniła mnie. - Ostatnio byłaś
nieswoja. To ci dobrze zrobi.
- Dobrze, pójdę - odparłam. - Dzięki.
Pożegnałyśmy się i mama poszła w swoją stronę. Abbie przyglądała
mi się przez całą drogę.
- Domyślam się, że twoja mina ma jakiś związek z tym ładnym chłopakiem
z fotografii.
Uśmiechnęłam się mimo woli.
- Tak, w pewnym sensie. Nie wiedziałam, że to takie oczywiste.
Pokiwała głową.
-Tak, widać gołym okiem, że jesteś nieźle wkręcona.
- Pokłóciliśmy się. Zerwaliśmy ze sobą... chyba... - powiedziałam. I przystanęłam.
Ona zrobiła to samo. Ni stąd, ni zowąd miałam znowu łzy w oczach.
Abbie popatrzyła na mnie ze współczuciem i wyciągnęła z kieszeni chusteczkę
do nosa.
- Jest czysta - powiedziała.
Przyjęłam ją z wdzięcznością i wydmuchałam nos.
- Opowiesz mi, jak to się stało? - spytała.
- On... On... Ja... - jąkałam się. Chciałam jej opowiedzieć. Naprawdę, bardzo.
Chciałam powiedzieć jej, że jeszcze nigdy z nikim nie przeżyłam niczego
podobnego. Że chwila pocałunku z Justin'em była najlepszą chwilą mojego
życia. Wszystko to było takie cudowne. I zniknęło bez śladu. Chciałam
powiedzieć jej, że Justin nie był podobny do żadnego z chłopaków, których
znałam wcześniej. I nie dlatego, ze był duchem. Dlatego, że był samym sobą
i nie udawał nikogo innego.
Ale nie mogłam wykrztusić ani słowa. I tylko oddychałam głęboko, żeby się
pozbierać i nie zalać się łzami w jej obecności.
- Ale kiedy on wyjeżdża do Newcastle? - spytała Abbie.
Zmieszałam się i przez długą chwilę nie odpowiedziałam. Musiałam zrobić
przegląd wcześniejszych kłamstw.
- Nie wiem dokładnie. Chyba niedługo.
I naraz jakaś klapka w moim mózgu wskoczyła na swoje miejsce. Czemu
marnuję czas i cierpię z powodu urażonej dumy, zamiast pędzić
prosto do Justin'a? Bo przecież w głębi serca wiedziałam, że Justin nie chciał,
żebym odeszła. Po prostu nie był pewny, czy... Ale kto byłby pewny na jego
miejscu? Może czuł się upokorzony swoją sytuacją... A może chciał mnie
chronić.
Abbie ścisnęła moje ramię i odezwałyśmy się obie równocześnie.
- Posłuchaj, Abbie...
- A może powinnaś...?
Uśmiechnęłyśmy się do siebie, bo obie równocześnie wpadłyśmy na tę myśl.
Poczułam przypływ szczęścia. Cokolwiek się wydarzy, mam w Stanforld
prawdziwą przyjaciółkę.
- no to idź - powiedziała. - Zadzwonię do twojej mamy i powiem jej, że po
tym spotkaniu zabieram cię do siebie. I nie śpiesz się.
- Dziękuję, Abbie. Jesteś cudowna.
- Powodzenia.
Uścisnęłam ją, a ona na pożegnanie podniosła dłoń i pomachała palcami.
- Cześć! - zawołała przez ramię. - Tylko nie rób nic, czego ja bym nie zrobiła.
I odeszła.
...
Kiedy zbliżałam się do wesołego miasteczka, zauważyłam parkujące nieopodal
wielkie ciężarówki i buldożery. Moje serce zaczęło łomotać. Czyżby już wzięli
się do burzenia? Tak szybko? Czyżbym się spóźniła?
Podbiegłam do robotnika, siedzącego w jednej z ciężarówek. Palił papierosa
i słuchał radia.
- Przepraszam...
Spojrzał w dół i nie od razu mnie zauważył.
- Co się stało, mała? - spytał z uśmiechem.
- Czy prace rozbiórkowe w wesołym miasteczku już się zaczęły? Myślałam, że
zaczną się dopiero po Nowym Roku.
- Zmiana planów - odpowiedział. - Czekam tylko na sygnał do rozpoczęcia
rozbiórki. Ale nie spieszy mi się za bardzo. Smutno będzie na to patrzeć.
- Hmmm... Tak...
Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale ja już odeszłam, gryząc paznokieć i
zastanawiając się gorączkowo. Z jego ciężarówki wejście było doskonale
widoczne. Nie powinnam się to kręcić. Udałam więc, że odchodzę, ale gdy
tylko doszłam do rogu parkanu, przyczaiłam się za nim i wyjrzałam ostrożnie.
Włosy są tym, co we mnie najbardziej przyciąga uwagę, więc ukryłam je pod
czapką i wróciłam do bramy. Nikt na mnie nie patrzył. Kiedy już byłam przy
kołowrocie, zaczęłam szukać w kieszeni biletów... lecz ich nie znalazłam.
Chciało mi się płakać. Widziałam kiedyś, jak Justin przeskakiwał przez
kołowrót, ale on miał dłuższe nogi i mocniejsze ramiona. Tak czy inaczej,
musiałam dostać się do środka.
Wzięłam głęboki oddech, zaczęłam gramolić się nieelegancko przez barierkę
i zahaczyłam kurtką o metal. Jakoś się uwolniłam. wydawało mi się, że
usłyszałam za plecami niepokojący odgłos - lecz byłam już po tamtej stronie.
Zauważyłam grupkę ludzi, stojących w najdalszym kącie. Chodzili to i tam,
coś notowali. Trzymając się cienistych miejsc, przemieszczałam się w
stronę tunelu strachu.
Nie odważyłam się włączyć świateł. Weszłam więc do ponurego wnętrza
po ciemku.
- Justin! - odezwałam się głośnym szeptem. Zaczynałam drżeć ze strachu
i od nadmiaru adrenaliny.
Usłyszałam szmer gdzieś w głębi i nagle zobaczyłam go. Stał przede mną,
blady i bardzo zmęczony, ale cały czas przystojny jak przedtem.
Jego twarz rozjaśnił szeroki uśmiech. Padliśmy sobie w ramiona,
I niepotrzebnie zastanawiałam się, co mu powiem, bo żadne z nas nie
mogło się odezwać przez bardzo długi czas.
Kiedy już przestaliśmy się całować, przytulił mnie jeszcze mocniej i szepną
mi prosto do ucha:
- Rose!
Nie mógł uwierzyć, że to naprawdę ja?
Kiedy mnie puścił, staliśmy przez chwilę naprzeciwko siebie w niezręcznej
ciszy, jakby nigdy nie było tego co się wydarzyło przed chwilą. A między
nami piętrzyły się niewypowiedziane słowa.
Justin pierwszy przerwał milczenie.
- Przepraszam cię za to, co wtedy powiedziałem. Byłem strasznie nakręcony.
Z powodu świąt. Wcale tak nie myślę!
- Wiem - powiedziałam cicho. - Mogłam mieć więcej cierpliwości
i zrozumienia...
- Jak dobrze cię znowu widzieć... Myślałem... Myślałem, że już nigdy...
A potem znowu porwał mnie w ramiona i całowaliśmy się bez końca.
Lecz jednak kiedyś musieliśmy przestać.
- Wiesz, co się tutaj dzieje, prawda? - spytałam.
Kiwną głową.
- Tak. Nie będę tu siedział do ostatniej chwili i czekał, aż dach mi się
zwali na głowę. Ale na razie zaczynają od diabelskiego młyna. Popatrzę,
jak to robią. - Zawahał się i po chwili mówił dalej, ściągnąwszy brwi.
- Jest jeszcze coś nowego. Spójrz!
Wyciągnął przed siebie ręce, a ja uskoczyłam, przerażona.
- Co to jest, Justin?
Były na pół przezroczyste. Widziałam zarysy palców. Wyglądały jak
utworzone z materii podobnej do baniek mydlanych. W dotyku pozostały
jednak take jak zawsze.
- Wydaje mi się, że stopniowo znikam. Zaczęło się od palców - powiedział.
- Widzę! Ale dlaczego?
- Nie wiem - popatrzył na mnie i wydawało mi się, że w jego oczach widzę
lek. - To tak, jakbym umierał. Ale przecież nie żyję już od dawna.
Nie mogłam mu pomóc. Ja też byłam przerażona.
- Z początku myślałem, że to z powodu zbliżającej się rocznicy - starał
się mówić normalnie, ale słyszałam drżenie w jego głosie. - Ale potem
zobaczyłem, że zaczynają się prace rozbiórkowe i pomyślałem...
- Że co?
- Pomyślałem, że mogę tu być, tylko póki stoi wesołe miasteczko, Rose
- powiedział cicho. - Że moje istnienie jest jakoś związane z tym
miejscem. Kiedy rozebrali autodrom, już zacząłem słabnąć. A potem
zaczęło się... - spojrzał z odrazą na swoje dłonie - ...to.
Chciałam go tylko przytulić. I sprawić, żeby to, o czym mówił, okazało
się nieprawdą. Ale to on miał rację. A czas uciekał. Zrozumiałam, że
muszę mu wszystko powiedzieć. Im prędzej, tym lepiej.
- Posłuchaj, Justin - zaczęłam. - Chyba już wiem, co odkryła Pattie.
Opowiedziałam mu o placu budowy i o paszportach w sejfie, o szwalni
i o Lili.
Kiedy skończyłam, jęknął.
- Pattie dostawała szału, kiedy działo się coś takiego. Nie mogła znieść
niesprawiedliwości.
Przez chwilę patrzył pod nogi, o czymś myślał. Potem odchrząknął.
- Muszę ci jeszcze o czymś powiedzieć - odezwał się. - Przypomniały
mi się różne rzeczy... na temat tamtego wieczoru.
Przełknął ślinę. Domyśliłam się, że to będzie coś, o czym trudno mu mówić.
- Powiedz mi - poprosiłam lekko. - Oczywiście, jeśli chcesz.
- tak, chcę - oświadczył. - Chcę, żebyś o tym wiedziała.
Wbił ręce w kieszenie i oparł się o ścianę. Znowu patrzył w ziemię.
- Byłem u mojego kolegi. Wpadłem do niego tylko na chwilę. Kiedy
wróciłem, Pattie była wściekła. Wciągnęła mnie do domu i obsztorcowała,
że się spóźniam. Powiedziała: "Idź do swojego pokoju i spakuj się. 
Wyjeżdżamy". W pierwszej chwili myślałem, że żartuje. Ale była zupełnie
poważna. Zacząłem się stawiać. Powiedziałem, że się stąd nie ruszę. Ale
tak spojrzała... Myślałem, że mnie zabije wzrokiem.
Umilkł.
- I co dalej? - spytałam szeptem.
- Poszedłem do siebie, pozbierałem z podłogi brudne podkoszulki i
wrzuciłem do plecaka. Nie mogłem uwierzyć, że ona to mówiła na serio.
Westchnął głęboko.
- Tego dnia pogoda była okropna. Kiedy wsiadaliśmy do samochodu, lało
jak z cebra. Najpierw przyjechaliśmy tutaj, do wesołego miasteczka.
I zobaczyłem, że na tylnych siedzeniach leży jakaś paczka. Kazała mi
zostać w samochodzie,a sama przeszła przez kołowrót i wróciła bez
paczki. Ale nie powiedziała mi , co z nią zrobiła. Jechaliśmy przed siebie
i w pewnym momencie zauważyliśmy z tyłu świtała samochodu. Ktoś
jechał za nami. Pattie docisnęła pedał gazu, ale tamten samochód też
przyspieszył. I próbował zepchnąć nas z drogi.
- Czarna terenówka?
Kiwną głową.
- Znak rejestracyjny McA 2?
- Skąd wiesz?
Powiedziałam mu, a serce biło mi coraz szybciej, w tempie chyba
dwunastu uderzeń na minutę.
- Właśnie. to w ich stylu. Minęliśmy krzyżówkę za wzgórzem, a potem
wszystko działo się bardzo szybko. Usłyszeliśmy głuchy łomot i mój fotel
znalazł się w jakiejś dziwnej pozycji, nie wiedziałem dlaczego. To było
dlatego, że nasz samochód nie miał już gruntu pod kołami. Na desce
rozdzielczej zapaliły się wszystkie światełka i walnęliśmy w coś jeszcze
raz. Fale uderzały w szyby. To było straszne. Pogrążyliśmy się w
wodzie. Pamiętam jeszcze sanitariuszy z karetki pogotowia. Pochylali
się nad Pattie. I jacyś ludzie mówili, że trzeba będzie wyciągnąć nasz
samochód z wody.
Urwał, a ja wzięłam go za rękę. Drżała. Patrzył w ziemię, ale przed
oczami miał tamtą scenę. W końcu podniósł wzrok i wydał z siebie
jeszcze jedno westchnienie, a potem wziął się w garść.
- To okropne, Justin - powiedziałam słabym głosem. Nie mogłam
pogodzić się z tym, co go spotkało. - Okropne.
Trzymał moją rękę, jakby to mnie trzeba było pocieszyć.
- Myślę, że w tej paczce były dowody. Pattie musiała gdzieś tutaj je
ukryć. Ale szukałem już wszędzie. Nawet...
Usłyszeliśmy na zewnątrz jakieś głosy i Justin urwał.
- Szybko, tędy! - szepną cicho i pociągnął mnie za rękę wzdłuż
wagoników. Na chwilę przywarliśmy do ściany. Z obrzydzeniem odsunęłam
od siebie coś kosmatego, co otarło się o mój policzek. Wyobraziłam
sobie, że to ten wielki pająk, którego kiedyś tu widziałam. Ale Justin
chyba wiedział, dokąd mnie prowadzi, mimo że otaczały nas ciemności.
Zatrzymaliśmy się i uprzytomniałam sobie, że jesteśmy właśnie w tym
miejscu, gdzie kiedyś usłyszałam szept. Ale teraz mnie to już nie
przerażało. Bardziej niż duchów obawiałam się tych żyjących, którzy byli
zdolni do wszystkiego.
Justin wyciągnął z kieszeni swój pęk kluczy.
- Co ty robisz? - spytałam szeptem.
- Cicho!
Usłyszałam zgrzyt klucza w zamku i ściana nagle ustąpiła. Zrozumiałam, że
były tam drzwi. Justin wciągnął mnie przez nie i zamknął je znowu,
starając się zrobić to jak najciszej. Znaleźliśmy się w pomieszczeniu,
w którym paliła się zakurzona żarówka, kołysząca się z lekka na
sznurze. Żółtawy blask ledwie rozświetlał ciemności.
Wyglądało tu, jak w nieużywanym od dawna magazynie. Leżały stosy
żelastwa, jakieś części zmienne do różnych urządzeń. Zauważyłam
głowę lwa o świecących oczach, przyśrubowaną do krzesełka, które
mogło zostać wymontowane z karuzeli dla maluchów. Były tu także rzeczy
z tunelu strachu, takie jak czaszki od plastikowych szkieletów i strój
King Konga.
- Do wczoraj nie miałem pojęcia o istnieniu tego pokoju - powiedział
cicho Justin. - Odkryłem go przypadkiem. Jest tak ukryty, że jeśli o nim
nie wiesz, nie domyślisz się. Ale znalazłem tu pety od papierosów,
które paliła Pattie. Lubiła mocne, francuskie. Więc jestem pewny, że
ona to miejsce znała.
Już otwierałam usta, ale wiedział, o co chcę zapytać.
- Szukałem. Tu nie ma nic.
Podłoga była zrobiona z grubych desek. Zrobiłam krok do przodu
i stanęłam jak wryta.
- O! - powiedziałam, prostując się. Przez chwilę stałam nieruchomo, a
potem lekko podskoczyłam. Czułam, że mój umysł pracuje na
najwyższych obrotach. Uklękłam i spróbowałam podnieść krawędź
deski.
- Co robisz? - spytał Justin.
- Pomóż mi - poprosiłam.
Ukląkł obok mnie. Z trudem podważyliśmy deskę i oto trzymaliśmy ją
w rękach. Pod nią znajdowała się skrytka. Wymieniliśmy spojrzenia.
Justin włożył do niej rękę i próbował znaleźć dno. Podniósł brwi,
położył się na podłodze i włożył rękę jeszcze głębiej. Wstrzymał
oddech i wyciągnął grubą brązową kopertę formatu A4.
- Zobaczymy, co w niej jest! - powiedziałam. Justin wyjął z niej plik
fotografii i kilka arkuszy papieru.
Niektóre zdjęcia przedstawiały cudzoziemców o ciemnych oczach, na
innych widać było różne uszkodzenia ciała. Jakiś mężczyzna podnosił
podkoszulek, pod którym widać było straszny siniak na brzuchu.
Zobaczyliśmy stos paszportów w otwartym sejfie, takim samym jak ten,
który widziałam w przenośnym kontenerze. Była fotografia pokoju,
w którym stłoczeni ludzie leżeli na podłodze, śpiwór przy śpiworze.
Ściany lśniły od wilgoci i łuszczyła się z nich farba. Wyglądało to
okropnie. Było zdjęcie Alexa McAllistaira, wchodzącego do domu
o oknach zabitych deskami. Otwierał drzwi i patrzył przez ramię
w stronę obiektywu.
- Założę się, że to kwatery dla niewolniczej siły roboczej - szepnęłam.
Justin kiwnął głową.
- Tak. I założę się, ze dom należy do tego łajdaka.
Na jednej z kartek zobaczyliśmy listę obco brzmiących nazwisk. Przy
niektórych dopisane były jakiej sumy pieniędzy, najczęściej trzysta
lub czterysta funtów. Nic z tego nie rozumiałam. Ale na ostatnim
arkuszu zobaczyłam coś, co zrozumiałam aż nadto dobrze. Był to list
napisany z błędami.
Jestem przetrzymywana w tym kraju wbrew mojej woli. Przywieźli
mnie tutaj, żebym pracowała, i obiecali, że zarobię pieniądze dla
mojej rodziny. Ale zabrali mi paszport i teras jestem uwięziona.
Jest wielu takich jak ja przy Manley Road 77 i 78. Nazywam się
Lili Babić.
Spojrzałam na Justina, przejęta.
- To ona. Ta dziewczyna ze szwalni. Mówiłam ci o niej.
- Pilnuj tego jak oka w głowie - powiedział Justin, wkładając zdjęcia
i papiery z powrotem do koperty. Nie miałam żadnej torby, do której
mogłabym ją schować, więc rozpięłam kurtkę i schowałam kopertę
pod swetrem, wetknąwszy ją za pasek od spodni.
- I co dalej? - spytałam.
- Teraz spróbuję cię stąd bezpiecznie wyprowadzić.

Od Autorki : ....
Przepraszam za to że rozdział nie został dodany na czas.
Kolejny rozdział pojawi się w Sobotę <33
...
Czytasz=Komentujesz=Motywujesz







sobota, 5 lipca 2014

Rozdział XXIV

Drozd
Odeszłam wściekła. Tak wściekła, że kiedy mijałam teren budowy, nie od
razu zauważyłam samochód, który ruszył za mną.
Dopiero w pobliżu domu zwróciłam uwagę na czarną terenówkę z
przyciemnionymi szybami, z literami McA 2 na tablicy rejestracyjnej. Kiedy
przystanęłam, samochód się zatrzymał. Potem ruszyłam i on także ruszył.
Sunął za mną wolniutko przez całą drogę, aż po same drzwi, a kiedy drżącą
ręką włożyłam klucz do zamka, odjechał z piskiem opon, zostawiając za
sobą chmurę pyłu. W ułamku sekundy pojęłam, że za kierownicą siedzi
któryś z ludzi McAllistaira, zresztą znak rejestracyjny także na to
wskazywał. Nie wiedzieli, kim jestem ani czego szukałam w sejfie, ale
wiedzieli bardzo dobrze, jak mnie nastraszyć. Z pewnością byli przekonani,
że przyszłam szpiegować. A jeśli ten stos paszportów miał cokolwiek
wspólnego ze śmiercią Justin'a i Pattie, pewnie chcieli mnie nastraszyć,
żebym się od nich odczepiła.
Więc ten samochód, który odprowadził mnie aż po same drzwi, miał
zniechęcić mnie do wsadzania nosa w ich sprawy. Zrozumiawszy to,
zaczęłam drżeć z przerażenia, aż dzwoniły mi zęby. Wpadłam d domu
i zatrzasnęłam za sobą drzwi.
Byłam kłębkiem nerwów. Raz po raz wyglądałam przez okno, żeby
zobaczyć, czy tamta terenówka nie wróciła. Na widok czarnego
vana omal nie zsikałam się ze strachu, ale okazało się po chwili, że
to kurier z przesyłką dla sąsiadów.
Mama spytała, czy nic mi nie dolega. Przyglądała mi się z niepokojem,
ale powiedziałam jej, że boli mnie głowa. Położyłam się wcześniej
i naciągnęłam kołdrę na głowę. Starałam się odpędzić od siebie
wspomnienie nieprzyjaznego wzroku Justin'a i jego ostrych słów. I
czułam zamęt w sercu. Coś mi mówiło, że Justin wcale nie chciał, żebym
naprawdę odeszła.
Myśli kłębiły mi się w głowie tak długo, aż zapadłam w płytki, gorączkowy
sen. Śniły mi się koszmary. Byłam zamknięta w dużym akwarium. 
Unosiłam się w wodzie, bez gruntu pod nogami. Tłukłam w szyby, usiłując
się wydostać. A potem biegłam za Justin'em, chciałam go dogonić,
i za każdym razem, kiedy byłam blisko, Justin roztapiał się w powietrzu.
Obudziłam się jeszcze bardziej zmęczona, niż kiedy kładłam się do łóżka
z głową pękającą od niespokojnych myśli.
W końcu wyciągnął mnie z łóżka przeciekający kran. W ciszy słyszałam tylko
odgłos kapiącej wody. był tak donośny, że dostawałam szału. Tyle razy
słyszałam, że ten cały Will wymieni nam uszczelkę. Ale wiedziałam dobrze,
i mama także wiedziała, i wiedział nawet Will, że ta rzekoma naprawa karu
była dla nich wymówką i pretekstem, żeby się widywać.
Zaczęłam myśleć o ojcu i jego nowej kobiecie. Wyobraziłam sobie, że
się pobiorą i może nawet będą mieli dziecko. Bo właściwie dlaczego nie?
Ojciec może założyć w Newcastle nową rodzinę. I już nie będę jego
jedyną ukochaną dziewczynką.
Znowu przypomniał mi się Justin. Jego mina, kiedy kazał mi odejść. I chmury,
które wisiały nade mną, wydały mi się jeszcze tysiąc razy cięższe.
Podeszłam do biurka i wzięłam do ręki jego fotografię. Palcem wskazującym
pogłaskałam go po policzku, wspominając jego ciemne, długie rzęsy, kiedy
przymykał oczy podczas pocałunku. Przeżywałam ten pocałunek na nowo
i coś mnie łaskotało pod przeponą.
Odłożyłam jego zdjęcie na biurko, białą stroną do góry. Już chciałam się
oddalić, kiedy mój wzrok padł na świstki, które znaleźliśmy w budce przy
ogrodzeniu. One także leżały na biurku. Z ciekawością sięgnęłam po jeden
z nich. W ciągu ostatniego tygodnia wydarzyło się tak wiele i tyle się
zmieniło... Zerknęłam na tę ulotkę z odręczną notką.
Zadzwonić do Drozda?
O co chodziło Pattie? dlaczego to sobie zapisała?
Justin kazał mi odejść, ale tej sprawy przecież nie mogłam zostawić. Byłam
już w nią mocno wciągnięta, czy mu się to podobało, czy nie. Zdecydowałam,
że przynajmniej spróbuję dowiedzieć się czegoś więcej o Droździe.
Postanowiłam zajrzeć do internetu i przysięgam, przez chwilę w ogóle nie
pamiętałam, że nie mamy łącza.
Właśnie się zastanawiałam , czy w Stanford istnieje coś takiego jak
kawiarenka internetowa, gdy usłyszałam, jak mama obraca klucz w drzwiach.
Tego dnia pracowała tylko do południa. Ale nie była sama. Szybko się
zorientowałam, że przyprowadziła ze sobą Willa.
Ubrałam się w pośpiechu. Kiedy zeszłam na dół, mama i Will siedzieli przy
stole, pijąc herbatę, a Dylan krążył wokół nich, puszczając po
podłodze mechaniczny samochodzik przypominający pojazd Batmana,
i robił mnóstwo hałasu. Will uśmiechnął się do mnie nieśmiało.
Zignorowałam to.
- Mamo, kiedy wreszcie będziemy miały stałe łącze? Chciałabym uruchomić
swojego iPoda. I wreszcie sprawdzić pocztę.
Poczułam się nie w porządku, bo przypomniało mi się, że dotąd nie
odpowiedziałam na sms-y Jasmine. A teraz już nazbierało się zbyt wiele
spraw jak na jeden telefon. Ale jak miałam o niej pamiętać, kiedy wszystko
naraz się na mnie waliło? Mój umysł został zbombardowany zbyt wielką
ilością zdarzeń i zapomniałam o sms-ach Jasmine. Bez tej wpadki też
czułam się okropnie. Nie chciałam poczuć się jeszcze gorzej.
Mama westchnęła.
- Przepraszam, Rose. Nie miałam kiedy się tym zajać.
Uśmiechnęła się do Willa.
- To jedna z tysięcy rzeczy, które powinnam była zrobić po przeprowadzce.
- Nie pomogę ci w sprawie i Poda - zwrócił się do mnie Will - ale jeśli
chcesz przeczytać swoją pocztę, możesz po sąsiedzku zajrzeć do
komputera, który kupiłem dla mojej matki. Myślałem, że będzie się
dobrze bawiła, surfując po internecie. Ale ona na ten komputer nawet nie
spojrzała. Tylko się kurzy, odkąd go zainstalowałem - dodał swoim
miękkim głosem.
Mama zaśmiewała się, jakby powiedział coś nieskończenie zabawnego.
- Pani Swift jest teraz w domu? - spytałam, a on obrzucił mnie domyślnym
spojrzeniem. Wiedział, czego się obawiałam.
- Nie, pojechała odwiedzić swoją siostrę. Będziesz sama.
No  i prawie że się do niego uśmiechnęłam.
- Dobra. Dzięki.
Mama spojrzała na mnie, podnosząc wymownie brew, kiedy Will wstał od
stołu, żeby mnie tam zaprowadzić.
Dom pani Swift miał rozkład pomieszczeń taki sam jak u nas, tyle że
każdy skrawek ściany i fotela pokryty był kwiecistą tkaniną i można było
od tego dostać oczopląsu. A poza tym cały przesiąkł zapachem jej
perfum. wszędzie leżały rozrzucone zabawki Dylana, a w pokoju
gościnnym po podłodze walały się jego spodnie od piżamy. Stało tam
łóżko i mały stolik komputerowy. Komputer był lepszy od naszego. A tu się
marnował. Pomyśleć tylko, ile wiedzy o rozmaitych chorobach mogłaby
zyskać pani Swift, gdyby nauczyła się z niego korzystać. Will uklęknął na
podłodze, żeby podłączyć kabel. Nie miałam pojęcia, co się stało z matką
Dylana, ale postanowiłam zapytać o to moją mamę, kiedy wrócę do
domu. Może niechcący udusił ją w swoim mocnym uścisku rugbisty?
- Proszę, możesz siedzieć tu, jak długo zechcesz. Nikt ci nie będzie
przeszkadzał.
Tak, a tobie nikt nie przeszkodzi w tym czasie siedzieć u mojej mamy,
pomyślałam.
- Zrobię to szybko - odpowiedziałam.
- Kiedy skończysz, wyłącz - poprosił.
Will poszedł, a ja zostałam sama. I okazało się, że nie bardzo wiem, od
czego zacząć. Zaczęłam więc od przejrzenia poczty i serce skoczyło mi do
gardła ze szczęścia, kiedy zobaczyłam cztery wiadomości od Jasmine i kilka
od innych koleżanek. Pierwszy z maili od Jasmine był długi i pełen różnych
historii, a w ostatnim znalazło się tylko jedno pytanie: "Co z tobą, Rose?".
Napisałam list z przeprosinami i spróbowałam wprowadzić ją w szczegóły
mojego tutejszego życia, przezornie nie wspominając o Justin'ie, o
wesołym miasteczku, o niczym w tym rodzaju. Co prawda, poza tym
niewiele miałam do opowiedzenia, ale zawsze to przyjemnie odezwać
się do kogoś, kto nas dobrze zna. to mniej więcej tak, jak zdjąć buty
i włożyć kapcie.
Ale potem przypominałam sobie o tym, do czego potrzebowałam
komputera. Wpisałam w Google słowo "dzianina" i nie trafiłam na nic
ciekawego. Gdy jednak wpisałam "Alex McAllistair", pojawiła się strona
ze spisem wszystkich firm należących do tego przedsiębiorcy.
Przeglądałam ją i zatrzymałam się przy zdjęciu dużej grupy uśmiechniętych
ludzi, machających do obiektywu. Na pierwszym planie stał sam Alex
ze skrzyżowanymi ramionami i zadowoloną z siebie miną. ten osiłek z byczym
karkiem stał obok niego. Zadrżałam, bo przypomniał mi się samochód, który
eskortował mnie aż pod próg.
Większa część tej listy obejmowała firmy działające w hrabstwie Kent.
Kiedy kliknęłam w zakładkę "Pozostałe przedsięwzięcia", zobaczyłam listę
małych fabryczek, z których jedna nosiła nazwę "Dzianiny TMS". A na
koniec wpisałam do wyszukiwarki słowo "Drozd". Pokazały się tysiące
wyników. Niezliczone restauracje. Strona poświęcona dziko żyjącym ptakom.
Południowokanadyjska marka tamponów. Coś jednak wśród tych wyników
przyciągnęło moją uwagę.
Fundacja Drozd. Program pomocy wykorzystywanym parownikom
i zwalczania współczesnego niewolnictwa. Kliknęłam w link i zobaczyłam
ptaka schwytanego w pętlę z kolczastego drutu. Ptak trzepotał się
rozpaczliwie, lecz pojawiła się para rąk, niosących mu wolność. Drozd
odleciał na sam brzeg ekranu i po chwili zobaczyłam stronę główną Fundacji 
Drozd. Zaczęłam czytać.:
Fundacja Drozd zmierza do wyeliminowania wszelkich form 
niewolnictwa. Miliony mężczyzn, kobiet i dzieci na całym świecie 
zmuszanych jest do niewolniczej pracy. Choć oficjalnie nie nazywa się t
ego niewolnictwem, sytuację tych osób tak właśnie można określić. 
Ludzie ci są sprzedawani jak przedmioty, pracują pod przymusem za 
grosze albo bez wynagrodzenia i zdani są na łaskę swoich "właścicieli", 
którzy zazwyczaj odbierają im dokumenty i grożą zemstą, jeśli pracownik 
poskarży się odpowiednim władzom.
Pomyślałam o paszportach przechowywanych w sejfie i o dziewczynie
imieniem Lili, śmiertelnie przestraszonej obecnością faceta, który był prawą
ręką Alexa. Co się właściwie działo na budowie osiedla i w szwalni? Czy
przetrzymywano tam niewolników? Czy Pattie o tym wiedziała i czy
dlatego jej samochód został zepchnięty do morza?
- Nie przeszkadzaj sobie, przyszedłem tylko po suche spodnie dla Dylana,
bo zdarzył mu się maleńki wypadek...
Aż podskoczyłam. Nie słyszałam nawet, kiedy Will wszedł do domu.
Szybko wyszłam z wyszukiwarki.
- Już skończyłam - powiedziałam z bijącym sercem.
- Na pewno? Nikt cię nie popędza -zapewnił mnie Will.
- Na pewno.
Wiem już dość, pomyślałam. Wszystkie klocki tej układanki wskoczyły na
swoje miejsca. Szwalnia i budowa należały do przedsięwzięć Alexa
McAllistaira.Czyż nie mówili w lokalnej telewizji, że inwestycja budowlana
jest opóźniona, a jej budżet poważnie przekroczony? Może właśnie dlatego
chcieli użyć niewolniczej siły roboczej, z której  już przedtem korzystali w
szwalni. A do portów międzynarodowych przywożono im nowych
pracowników. Drżałam na całym ciele. Wiedziałam, że powinnam iść na
policję. Ale nie miałam ani cienia prawdziwego dowodu. Kto uwierzy
siedemnastolatce, oskarżającej kogoś tak potężnego jak McAllistair?
Zastanawiałam się nawet, czy nie opowiedzieć tego wszystkiego mamie.
Ale zrezygnowałam, bo wyobraziłam sobie, w jaką wpadłaby histerię, słuchając
o samochodzie, który jechał za mną przez całą drogę z przystani do domu.
A poza tym nie mogłam przecież powiedzieć jej o Justin'ie.
I jeszcze, co się stanie ze mną i z mamą, jeśli spróbujemy wyciągnąć tę historię
na światło dzienne? Czy będą próbowali się nas pozbyć, tak jak pozbyli się
Pattie i Justin'a? I znowu pomyślałam o Justin'ie, samotnie marznącym w
wesołym miasteczku, i z trudem opanowałam drżenie, które mną wstrząsnęło.
Byłam gotowa biec prosto do niego, żeby go objąć i opowiedzieć mu o
wszystkim, czego się dowiedziałam. Ale co on wtedy zrobi? Czy nie powiedział
mi jasno i wyraźnie, żebym go zostawiła w spokoju?

Od Autorki: No i trochę się dzieje w tym rozdziale.
                              Jak myślicie czy Rose posłucha się Justin'a?
                            A może zostawi tą sprawę i zapomni o wszystkim...
                       ... o wesołym miasteczku, o Justin'ie, o informacjach których
                           się dowiedziała. ... Przeczytasz to się dowiesz. :)
Rozdział tak jak obiecałam... jest na czas.! - Jestem z siebie Dumna...
... Mam nadzieję że Wy ze mnie też. <3
Następny rozdział pojawi się we wtorek lub w środę. <33
....
Czytasz=Komentujesz=Motywujesz <3






środa, 2 lipca 2014

Rozdział XXIII

Potrafię ugryźć
Plac budowy przypominał wielkie mrowisko.
Wszędzie stały potężne dźwigi i koparki. Mnóstwo ludzi kręciło się wokół nich.
Wszyscy wydawali się bardzo zajęci. Zauważyłam długi rząd prawie 
wykończonych budynków. A w innym miejscu, tam, gdzie stało tyle dźwigów, 
plac budowy opadał ku morzu.
Poczułam się jak mrówka bez zajęcia. Mrówka próżniak. Co gorsza, nie 
miałam prawa tam przebywać. Sama obecność w tym miejscu w każdej 
chwili mogła ściągnąć na mnie kłopoty. W powietrzu unosiły się tumany pyłu, 
a od łoskotu i zgrzytu pracujących maszyn pękały bębenki w uszach.
Z przeciwka nadchodziło dwóch mężczyzn w żółtych kaskach, z aktówkami*
pod pachą. Rozmawiali z ożywieniem. Nie miałam gdzie się ukryć. Chyba że
w przenośnym kontenerze, stojącym w pobliżu. Drzwi były uchylone. Nic
lepszego nie przyszło mi do głowy, więc wskoczyłam na stopień i wślizgnęłam
się do wnętrza.
Sadząc po umeblowaniu, mieściło się tam biuro. Pod ścianami stały stoły
do pracy, rozdzielone szafkami na segregatory. Wydawało się, że pracownicy
wyszli tylko na chwilę. Na jednym ze stołów stał kubek parującej kawy, a na
obtłuczonym spodku dymił papieros. Za biurkiem zauważyłam mały sejf z 
niedomkniętymi drzwiczkami. Rozejrzałam się pośpiesznie i podeszłam bliżej,
spodziewając się zobaczyć w jego wnętrzu pliki banknotów albo ważne
papiery.
Ale były tam tylko stosy małych książeczek z okładkami w różnych kolorach.
chwyciłam pierwszą z brzegu i drżącymi rękami zdjęłam z niej gumkę 
recepturkę.
Wyglądała jak paszport, ale alfabet był mi nieznany, nic się nie dało odczytać.
Fotografia przedstawiała dwudziestoparoletniego mężczyznę o czarnych
włosach i cienkim czarnym wąsiku. Szperając w tych książkach, przekonałam
się, że wszystkie były paszportami. Na zdjęciach niektórzy ludzie mieli 
ciemną skórę, inni - wystające kości policzkowe. Wielu wyglądało na
Chińczyków. Było wśród nich sporo młodych kobiet. Ze zdumieniem 
rozpoznałam tę, którą zobaczyłam w szwalni. Nazywała się Lili Moon.
Usłyszałam głosy w pobliżu kontenera i wpadłam w panikę. W rogu piętrzył
się stos zakurzonej odzieży ochronnej, pomalowanej farbą olejną. Rzuciłam się 
w tamtą stronę i schowałam się pod tymi szmatami dosłownie w ostatniej
chwili. Zaraz potem drzwi się otworzyły i podłoga zadrżała pod ciężarek
kroków.
Było duszno, a szmaty wydzielały zapach rozpuszczalników, od których
trochę kręciło mi się w głowie. Ale starałam się zachowywać tak cicho, jak
to tylko możliwe, choć moje serce biło bardzo głośno i obawiałam się, że
ktoś może to usłyszeć. Oddychałam powoli i niezbyt głęboko, przez cały
czas nasłuchując. W pomieszczeniu rozmawiało dwóch mężczyzn. Głos
jednego z nich już kiedyś słyszałam. Ale gdzie? I nagle przypomniałam 
sobie. Słyszałam go w telewizji. To był Alex McAllistair.
- Nic mnie nie obchodzą wasze wymówki. Potrzebujemy więcej siły 
roboczej - powiedział. - Udało nam się trochę nadgonić, ale i tak mamy duże
opóźnienie.
- Wiem - odpowiedział ten drugi. - Są jakieś problemy z punktami granicznymi.
Coraz trudniej się dogadać z tymi ludźmi.
Zapadła cisza, a potem odezwał się znowu McAllistair.
- W porządku. To rozumiem. Ale zaraz! Zostawiacie otwarty sejf? Co wy
sobie myślicie?
Podwładny musiał wysłuchać ostrej reprymendy. Ciągnęła się długo, lecz
właśnie wtedy, kiedy już myślałam, że za chwilę się uduszę, głosy zaczęły
się oddalać. Trzasnęły drzwi kontenera. Policzyłam do pięćdziesięciu
i wystawiłam głowę spod szmat.
Na szczęście w pomieszczeniu nikogo nie było. Ostrożnie uchyliłam drzwi
i wyjrzałam na zewnątrz. Zeskoczyłam ze schodka i znowu się rozejrzałam.
Marzyłam tylko o jednym - żeby czym prędzej dostać się do bramy.
- A to co? Skąd się tu wzięłaś?
Męski głos rozległ się tuż za mną. Podskoczyłam, jak oparzona. 
- Ja tylko... No bo...
Parę razy otworzyłam i zamknęłam usta - musiałam przypominać rybkę
wyjętą z wody - i cofnęłam się o krok. Stałam przed Alexem McAllistairem
we własnej osobie. 
- Co to ma znaczyć? - warknął. - Napisane, że wstęp wzbroniony, ślepa
jesteś?
Mój umysł zajął się gorączkowo składaniem słów w zdania: "Naprawdę
przepraszam, to niechcący, już więcej nie będę..." - ale byłam tak
przerażona, że nie chciały przejść mi przez gardło.
Otworzył usta, jakby coś przyszło mu nagle do głowy. Pochwycił mnie
za ramię swoją muskularną ręką.
- Węszyłaś w moim biurze? Po co się tu kręcisz? Kto cię nasłał?
Tylko jedno przyszło mi wtedy do głowy i zrobiłam to.
Jak piec wbiłam zęby w jego rękę. Wydał z siebie okrzyk bólu i cofnął
rękę, a kiedy znowu ją wyciągnął, uciekałam co sił w nogach w stronę
bramy, która na szczęście była nadal otwarta. Rzuciłam się w nią i pędziłam 
dalej, nie żałując nóg, bo wiedziałam, że to mój ratunek.
Kiedy w końcu zwolniłam i odwróciłam głowę, byłam już bezpieczna. Nikt
mnie nie gonił. Pochyliłam się opierając dłonie na kolanach. Drżałam na
całym ciele i nie mogłam złapać oddechu. Z napięcia zabolał mnie żołądek
i miałam mdłości. Ale jednocześnie chciało mi się śmiać na całe gardło.
Wiedziałam, że muszę odnaleźć Justin'a i opowiedzieć mu, co widziałam,
nawet jeśli potem będę musiała tłumaczyć się gęsto przed mamą, bo nie
było mnie w domu już od dobrych paru godzin. Nie bardzo rozumiałam,
co się naprawdę dzieje na tej budowie, ale teraz już byłam pewna, że 
interesy Alexa McAllistaira są jakoś powiązane z wypadkiem Pattie.
Zbliżając się do wesołego miasteczka, przyspieszyłam kroku. Tęskniłam
za Justin'em i chciałam go zobaczyć czym prędzej.
Tym razem znalazłam go bez trudu. Siedział na najniższym poziomie 
konstrukcji diabelskiego młyna i huśtał nogami. Spojrzałam na niego.
Nie widzieliśmy się od tamtego pocałunku. Po części byłam onieśmielona,
lecz jednocześnie chciałam rzucić mu się na szyję i całować się z nim znowu.
Od razu zauważyłam, że coś jest nie tak. Justin nie ucieszył się na mój 
widok tak jak zwykle. Jego spojrzenie było niechętne.
- Nie każ mi się tam wdrapywać - powiedziałam, machając do niego ręką.
Trochę się rozchmurzył, ale uśmiech nie pojawił się na jego twarzy.
Zeskoczył i stanął przede mną. Milczał. Dręczyło mnie złe przeczucie.
- Co się stało? nic ci nie jest?
Spojrzał na mnie ponuro.
- Mam się doskonale, Rose - powiedział grobowym głosem. - Nigdy 
w życiu nie miałem się lepiej. Jestem martwy i spędzam tu całe dnie w
samotności. Kto by się nie chciał ze mną zamienić!
Patrzyłam na niego, ugodzona tymi słowami, i nie wiedziałam, co
powiedzieć. Ale Justin jeszcze nie skończył.
- Jak się udały święta? dostałaś dużo prezentów od mamusi i tatusia?
Smakował ci indyk ze wszystkimi dodatkami?
A! więc o to mu szło.
- Mówiłam ci przecież, że przez parę dni nie przyjdę. Chciałam, ale...
- Jak bardzo chciałaś?- przerwał mi.
- Naprawdę chciałaś do mnie przyjść? - wypluwał każde słowo jak
cierpką pestkę.
- Oczywiście! O co ci chodzi, Justin? Nie bądź taki!
Kopnął jakiś kamień i wbił wzrok w ziemię. Milczał przez dłuższą chwilę.
- Nie wiem, co myśleć, Rose - powiedział w końcu. - Wyobrażałem 
sobie, jak zajadasz świąteczne ciasteczka i świetnie się bawisz, a ja
siedzę tutaj, zupełnie sam, w zimnej norze. I tyle.
Nagle poczułam gniew.
- Jeśli chcesz wiedzieć - odezwałam się - to były najgorsze święta w
moim życiu, Justin. Moi rodzice się rozwodzą i w pierwszy dzień świąt
strasznie się pożarli. - Dostałam zadyszki, ale nie mogłam się już
zatrzymać. - Nie ty jeden masz kłopoty.
- Chyba nie zamierzasz porównywać swoich kłopotów z moimi? - spytał
szyderczo. - Masz jeszcze przed sobą całe życie. Masz przyszłość! A ja?
Ja nie mam nic. Nie wiem, nawet, po co tu jeszcze jestem.
Mogłam powiedzieć mu, dlaczego zginęli, ale czy to by mu pomogło się
otrząsnąć z tego beznadziejnego nastroju?
- Posłuchaj, Justin, byłam u...
Ale on nie dopuścił mnie do głosu.
- Prawdę mówiąc, nie rozumiem, co ci przeszkadzało tu przyjść - ciągnął
dalej swoje. - Może niedługo zniknę, a ty z miejsca o mnie zapomnisz.
Będziesz dalej prowadzić swoje milutkie życie, jakbyś mnie nigdy nie znała.
Będziesz się spotykała z chłopakami, którym biją serca... - oddychał ciężko,
jak po długim biegu. - Po co właściwie zadajesz się z takim typem jak ja?
  Miałam łzy w oczach.
- Justin, proszę... - wyszeptałam. Ale cokolwiek bym powiedziała... zatruła
go samotność w te dwa świąteczne dni.
Zdecydowanym ruchem otrzepał dżinsy.
- wiesz co, Rose? Zrobię ci uprzejmość. O nic nie będę już pytał, nie
powiem więcej nic przykrego. Pozwolę ci odejść.
Kiedy to mówił, głos mu zadrżał.
- A jeśli nie zamierzam odejść? - spytałam, zaciskając pięści.
- Chcę, żebyś odeszła - powiedział spokojnie.
Poczułam się, jakby uderzył mnie w twarz. Odwróciłam się, żeby ukryć łzy.
Usłyszałam jeszcze, jak powiedział:
- Poczeka!
Ale już się nie obejrzałam. I odeszłam.
Powiedział  mi przecież jasno i wyraźnie, co czuje.
_____________________________________________________
* Aktówka - prostokątna, sztywna torba, zwykle ze skóry lub z
materiału imitującego skórę. Używana najczęściej przez pracowników
i biznesmenów do przenoszenia ważnych dokumentów. Często zamykana
na zamek szyfrowy lub klucz.

Od Autorki: Justin coś ty zrobił...? / Drama.! 
Następny rozdział pojawi się w sobotę - mam nadzieję, że na czas :)
Podawajcie swój: tt, ask lub fb - jeśli chcecie być 
informowani o nowych rozdziałach, postach - gdyż
trudno mi jest was informować z konta google. :/ :(

Czytasz=Komentujesz=Motywujesz <3






Szablon by Selly