środa, 2 lipca 2014

Rozdział XXIII

Potrafię ugryźć
Plac budowy przypominał wielkie mrowisko.
Wszędzie stały potężne dźwigi i koparki. Mnóstwo ludzi kręciło się wokół nich.
Wszyscy wydawali się bardzo zajęci. Zauważyłam długi rząd prawie 
wykończonych budynków. A w innym miejscu, tam, gdzie stało tyle dźwigów, 
plac budowy opadał ku morzu.
Poczułam się jak mrówka bez zajęcia. Mrówka próżniak. Co gorsza, nie 
miałam prawa tam przebywać. Sama obecność w tym miejscu w każdej 
chwili mogła ściągnąć na mnie kłopoty. W powietrzu unosiły się tumany pyłu, 
a od łoskotu i zgrzytu pracujących maszyn pękały bębenki w uszach.
Z przeciwka nadchodziło dwóch mężczyzn w żółtych kaskach, z aktówkami*
pod pachą. Rozmawiali z ożywieniem. Nie miałam gdzie się ukryć. Chyba że
w przenośnym kontenerze, stojącym w pobliżu. Drzwi były uchylone. Nic
lepszego nie przyszło mi do głowy, więc wskoczyłam na stopień i wślizgnęłam
się do wnętrza.
Sadząc po umeblowaniu, mieściło się tam biuro. Pod ścianami stały stoły
do pracy, rozdzielone szafkami na segregatory. Wydawało się, że pracownicy
wyszli tylko na chwilę. Na jednym ze stołów stał kubek parującej kawy, a na
obtłuczonym spodku dymił papieros. Za biurkiem zauważyłam mały sejf z 
niedomkniętymi drzwiczkami. Rozejrzałam się pośpiesznie i podeszłam bliżej,
spodziewając się zobaczyć w jego wnętrzu pliki banknotów albo ważne
papiery.
Ale były tam tylko stosy małych książeczek z okładkami w różnych kolorach.
chwyciłam pierwszą z brzegu i drżącymi rękami zdjęłam z niej gumkę 
recepturkę.
Wyglądała jak paszport, ale alfabet był mi nieznany, nic się nie dało odczytać.
Fotografia przedstawiała dwudziestoparoletniego mężczyznę o czarnych
włosach i cienkim czarnym wąsiku. Szperając w tych książkach, przekonałam
się, że wszystkie były paszportami. Na zdjęciach niektórzy ludzie mieli 
ciemną skórę, inni - wystające kości policzkowe. Wielu wyglądało na
Chińczyków. Było wśród nich sporo młodych kobiet. Ze zdumieniem 
rozpoznałam tę, którą zobaczyłam w szwalni. Nazywała się Lili Moon.
Usłyszałam głosy w pobliżu kontenera i wpadłam w panikę. W rogu piętrzył
się stos zakurzonej odzieży ochronnej, pomalowanej farbą olejną. Rzuciłam się 
w tamtą stronę i schowałam się pod tymi szmatami dosłownie w ostatniej
chwili. Zaraz potem drzwi się otworzyły i podłoga zadrżała pod ciężarek
kroków.
Było duszno, a szmaty wydzielały zapach rozpuszczalników, od których
trochę kręciło mi się w głowie. Ale starałam się zachowywać tak cicho, jak
to tylko możliwe, choć moje serce biło bardzo głośno i obawiałam się, że
ktoś może to usłyszeć. Oddychałam powoli i niezbyt głęboko, przez cały
czas nasłuchując. W pomieszczeniu rozmawiało dwóch mężczyzn. Głos
jednego z nich już kiedyś słyszałam. Ale gdzie? I nagle przypomniałam 
sobie. Słyszałam go w telewizji. To był Alex McAllistair.
- Nic mnie nie obchodzą wasze wymówki. Potrzebujemy więcej siły 
roboczej - powiedział. - Udało nam się trochę nadgonić, ale i tak mamy duże
opóźnienie.
- Wiem - odpowiedział ten drugi. - Są jakieś problemy z punktami granicznymi.
Coraz trudniej się dogadać z tymi ludźmi.
Zapadła cisza, a potem odezwał się znowu McAllistair.
- W porządku. To rozumiem. Ale zaraz! Zostawiacie otwarty sejf? Co wy
sobie myślicie?
Podwładny musiał wysłuchać ostrej reprymendy. Ciągnęła się długo, lecz
właśnie wtedy, kiedy już myślałam, że za chwilę się uduszę, głosy zaczęły
się oddalać. Trzasnęły drzwi kontenera. Policzyłam do pięćdziesięciu
i wystawiłam głowę spod szmat.
Na szczęście w pomieszczeniu nikogo nie było. Ostrożnie uchyliłam drzwi
i wyjrzałam na zewnątrz. Zeskoczyłam ze schodka i znowu się rozejrzałam.
Marzyłam tylko o jednym - żeby czym prędzej dostać się do bramy.
- A to co? Skąd się tu wzięłaś?
Męski głos rozległ się tuż za mną. Podskoczyłam, jak oparzona. 
- Ja tylko... No bo...
Parę razy otworzyłam i zamknęłam usta - musiałam przypominać rybkę
wyjętą z wody - i cofnęłam się o krok. Stałam przed Alexem McAllistairem
we własnej osobie. 
- Co to ma znaczyć? - warknął. - Napisane, że wstęp wzbroniony, ślepa
jesteś?
Mój umysł zajął się gorączkowo składaniem słów w zdania: "Naprawdę
przepraszam, to niechcący, już więcej nie będę..." - ale byłam tak
przerażona, że nie chciały przejść mi przez gardło.
Otworzył usta, jakby coś przyszło mu nagle do głowy. Pochwycił mnie
za ramię swoją muskularną ręką.
- Węszyłaś w moim biurze? Po co się tu kręcisz? Kto cię nasłał?
Tylko jedno przyszło mi wtedy do głowy i zrobiłam to.
Jak piec wbiłam zęby w jego rękę. Wydał z siebie okrzyk bólu i cofnął
rękę, a kiedy znowu ją wyciągnął, uciekałam co sił w nogach w stronę
bramy, która na szczęście była nadal otwarta. Rzuciłam się w nią i pędziłam 
dalej, nie żałując nóg, bo wiedziałam, że to mój ratunek.
Kiedy w końcu zwolniłam i odwróciłam głowę, byłam już bezpieczna. Nikt
mnie nie gonił. Pochyliłam się opierając dłonie na kolanach. Drżałam na
całym ciele i nie mogłam złapać oddechu. Z napięcia zabolał mnie żołądek
i miałam mdłości. Ale jednocześnie chciało mi się śmiać na całe gardło.
Wiedziałam, że muszę odnaleźć Justin'a i opowiedzieć mu, co widziałam,
nawet jeśli potem będę musiała tłumaczyć się gęsto przed mamą, bo nie
było mnie w domu już od dobrych paru godzin. Nie bardzo rozumiałam,
co się naprawdę dzieje na tej budowie, ale teraz już byłam pewna, że 
interesy Alexa McAllistaira są jakoś powiązane z wypadkiem Pattie.
Zbliżając się do wesołego miasteczka, przyspieszyłam kroku. Tęskniłam
za Justin'em i chciałam go zobaczyć czym prędzej.
Tym razem znalazłam go bez trudu. Siedział na najniższym poziomie 
konstrukcji diabelskiego młyna i huśtał nogami. Spojrzałam na niego.
Nie widzieliśmy się od tamtego pocałunku. Po części byłam onieśmielona,
lecz jednocześnie chciałam rzucić mu się na szyję i całować się z nim znowu.
Od razu zauważyłam, że coś jest nie tak. Justin nie ucieszył się na mój 
widok tak jak zwykle. Jego spojrzenie było niechętne.
- Nie każ mi się tam wdrapywać - powiedziałam, machając do niego ręką.
Trochę się rozchmurzył, ale uśmiech nie pojawił się na jego twarzy.
Zeskoczył i stanął przede mną. Milczał. Dręczyło mnie złe przeczucie.
- Co się stało? nic ci nie jest?
Spojrzał na mnie ponuro.
- Mam się doskonale, Rose - powiedział grobowym głosem. - Nigdy 
w życiu nie miałem się lepiej. Jestem martwy i spędzam tu całe dnie w
samotności. Kto by się nie chciał ze mną zamienić!
Patrzyłam na niego, ugodzona tymi słowami, i nie wiedziałam, co
powiedzieć. Ale Justin jeszcze nie skończył.
- Jak się udały święta? dostałaś dużo prezentów od mamusi i tatusia?
Smakował ci indyk ze wszystkimi dodatkami?
A! więc o to mu szło.
- Mówiłam ci przecież, że przez parę dni nie przyjdę. Chciałam, ale...
- Jak bardzo chciałaś?- przerwał mi.
- Naprawdę chciałaś do mnie przyjść? - wypluwał każde słowo jak
cierpką pestkę.
- Oczywiście! O co ci chodzi, Justin? Nie bądź taki!
Kopnął jakiś kamień i wbił wzrok w ziemię. Milczał przez dłuższą chwilę.
- Nie wiem, co myśleć, Rose - powiedział w końcu. - Wyobrażałem 
sobie, jak zajadasz świąteczne ciasteczka i świetnie się bawisz, a ja
siedzę tutaj, zupełnie sam, w zimnej norze. I tyle.
Nagle poczułam gniew.
- Jeśli chcesz wiedzieć - odezwałam się - to były najgorsze święta w
moim życiu, Justin. Moi rodzice się rozwodzą i w pierwszy dzień świąt
strasznie się pożarli. - Dostałam zadyszki, ale nie mogłam się już
zatrzymać. - Nie ty jeden masz kłopoty.
- Chyba nie zamierzasz porównywać swoich kłopotów z moimi? - spytał
szyderczo. - Masz jeszcze przed sobą całe życie. Masz przyszłość! A ja?
Ja nie mam nic. Nie wiem, nawet, po co tu jeszcze jestem.
Mogłam powiedzieć mu, dlaczego zginęli, ale czy to by mu pomogło się
otrząsnąć z tego beznadziejnego nastroju?
- Posłuchaj, Justin, byłam u...
Ale on nie dopuścił mnie do głosu.
- Prawdę mówiąc, nie rozumiem, co ci przeszkadzało tu przyjść - ciągnął
dalej swoje. - Może niedługo zniknę, a ty z miejsca o mnie zapomnisz.
Będziesz dalej prowadzić swoje milutkie życie, jakbyś mnie nigdy nie znała.
Będziesz się spotykała z chłopakami, którym biją serca... - oddychał ciężko,
jak po długim biegu. - Po co właściwie zadajesz się z takim typem jak ja?
  Miałam łzy w oczach.
- Justin, proszę... - wyszeptałam. Ale cokolwiek bym powiedziała... zatruła
go samotność w te dwa świąteczne dni.
Zdecydowanym ruchem otrzepał dżinsy.
- wiesz co, Rose? Zrobię ci uprzejmość. O nic nie będę już pytał, nie
powiem więcej nic przykrego. Pozwolę ci odejść.
Kiedy to mówił, głos mu zadrżał.
- A jeśli nie zamierzam odejść? - spytałam, zaciskając pięści.
- Chcę, żebyś odeszła - powiedział spokojnie.
Poczułam się, jakby uderzył mnie w twarz. Odwróciłam się, żeby ukryć łzy.
Usłyszałam jeszcze, jak powiedział:
- Poczeka!
Ale już się nie obejrzałam. I odeszłam.
Powiedział  mi przecież jasno i wyraźnie, co czuje.
_____________________________________________________
* Aktówka - prostokątna, sztywna torba, zwykle ze skóry lub z
materiału imitującego skórę. Używana najczęściej przez pracowników
i biznesmenów do przenoszenia ważnych dokumentów. Często zamykana
na zamek szyfrowy lub klucz.

Od Autorki: Justin coś ty zrobił...? / Drama.! 
Następny rozdział pojawi się w sobotę - mam nadzieję, że na czas :)
Podawajcie swój: tt, ask lub fb - jeśli chcecie być 
informowani o nowych rozdziałach, postach - gdyż
trudno mi jest was informować z konta google. :/ :(

Czytasz=Komentujesz=Motywujesz <3






9 komentarzy:

  1. oh yeahhh!!!! nareszcie! już się nie mogłam doczekać :D rozdział świetny, zajebisty!!! <3 ale... Justin! coś ty narobił, nie pozwól odejść Rose!!! ugh...
    twoje ff jest świetne z innna tematyka i to mi sie podoba :* <3
    @Karolincia246

    OdpowiedzUsuń
  2. Jezuu cudownee <3 łzy w oczach mam <3 :( Ojeej :/ Bożee spróbuj napiać szybciej *.* Tragediaa az normalnie ciary przechodzą chociaż wiemy ze to twoja wyobraźnia :O ♥ Cudoo czekam nexta :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Strasznie cieszę że jest nowy CUDOWNY rozdział!


    Justin jest jakiś tępy... Czemu pozwolił jej odejść!!!??? :);))

    OdpowiedzUsuń
  4. Boski <3 Boze Justin ty debilu

    OdpowiedzUsuń
  5. czekałam już na ten rozdział :D super <3 czekam na następny <3

    OdpowiedzUsuń
  6. :O pozwolił jej odejść, frajer
    @TinyDrug twitter, informuj <3

    OdpowiedzUsuń
  7. Bosz... jak on mógł ...♡♡♥♥

    OdpowiedzUsuń

Szablon by Selly