wtorek, 15 lipca 2014

Rozdział XXVI

Nie chcę powiedzieć: Żegnaj
Ostrożnie uchylił drzwi, chwycił mnie za rękę i pociągnął za sobą. Z zewnątrz
dobiega metaliczny huk i zgrzyt. Przy każdym odgłosie aż podskakiwałam.
Ale Justin wiedział, którędy mnie prowadzi. Trzymał mnie mocno za rękę
i tak doszliśmy do wyjścia z tunelu strachu.
Tam zatrzymaliśmy się i wystawił głowę na zewnątrz. Przeraziłam się, ale
po chwili przypomniałam sobie, że nikt oprócz mnie nie może go zobaczyć.
- Bardzo dużo robotników. Nie wiem, czy McAllistair też tu jest. Ale przy
diabelskim młynie stoi paru facetów z aktówkami. Są dźwigi i inne maszyny
i zaraz zaczną rozwalać konstrukcje. Posłuchaj, Rose... Spróbuję
odwrócić ich uwagę. Musisz w tym czasie dobiec do wyjścia. Dasz radę?
- Tak, ale co właściwie chcesz zrobić, Justin? Uważaj na siebie. nie chcę, 
żeby coś ci się stało! - powiedziałam, a mój głos przeszedł w pisk. Nie
mogłam powiedzieć nic lepszego, wiedzieliśmy o tym oboje. Ale Justin
się ze mnie nie śmiał. Delikatnie położył palec na moich ustach, pochylił
się i pocałował mnie. Patrzył mi głęboko w oczy, a jego oczy zdawały
się być tak ciemne i spoglądały tak poważnie, że aż ścisnęło mnie w
krtani ze strachu, bo zrozumiałam, że jemu nie może się stać nic złego,
ale mnie - tak.
I właśnie wtedy rozległ się potężny hałas. Oderwali duży fragment 
stalowych szyn diabelskiego młyna. Drgnęliśmy oboje, ale Justin nie
wydawał się zdenerwowany. 
- Pójdę tam pierwszy. Muszę ich zająć sobą. A kiedy już tam będę,
ty szybko biegnij do wyjścia.
Jeszcze raz musną ustami moje wargi, przytulił mnie mocno i ruszył
w głąb wesołego miasteczka. Był już dość daleko, kiedy się 
odwrócił.
- Spotkamy się na...
Ale wokół było tak głośno, że hałas zagłuszył dalsze słowa.
- Justin! - zawołałam. - Nie wiem, gdzie się mamy spotkać!
Tego już nie usłyszał, bo biegł dalej przed siebie. Na chwilę poddałam
się panice. Zostałam zupełnie sama. chciałam zwinąć się w kłębek
i ukryć w jakiejś dziurze.
Nie było obawy, że ktoś zaatakuje dziewczynę w obecności tylu 
świadków. Ale wiedziałam dobrze, do czego jest zdolny McAllistair.
Jeśli mnie tutaj zobaczy, Stanforld może stać się miejscem śmiertelnie
niebezpiecznym dla mnie i mojej mamy. McAllistair wiedział, gdzie
mieszkam. Pomyślałam o mamie i nieomal się rozpłakałam. Mama
krzątała się po domu, przekonana, że siedzę u Abbie.
Wiedziałam, że muszę biec do wyjścia, lecz stopy miałam jak z 
ołowiu. Wzięłam kilka głębokich oddechów i zmusiłam się do
wyjścia z tunelu strachu, krok za krokiem. W pobliżu stało mnóstwo
ludzi, ale wszyscy oni patrzyli na diabelski młyn. Padając, wydawał
z siebie dziki ryk wielkiego, śmiertelnie rannego zwierzęcia. 
Ogarnął mnie smutek. To jego koniec, już nigdy nikt nie wsiądzie
do wagoników. Wszystkie konstrukcje rozpadną się w tumanach
pyłu i wesołe miasteczko stanie się wspomnieniem.
Z pochylona głową biegłam szybko w stronę wyjścia, omijając
stosy gruzu i żelastwa. Kołowrót przy wejściu został już
zdemontowany, droga była wolna. Poczułam ulgę. Znalazłam się
prawie u celu, jeszcze tylko parę kroków...
I właśnie wtedy zobaczyłam czarną terenówkę. Parkowała przy 
samym wyjściu, a wysoki mężczyzna w długim szarym płaszczu
własnie z niej wysiadł. Alex McAllistair. Zamarłam, jak dziki
królik w światłach reflektorów. Zauważył mnie.
Nic nie powiedział. Nie krzyknął. Przez to przeraziłam się jeszcze
bardziej. Zachował kamienną twarz. Odwróciłam się i zaczęłam
biec w przeciwnym kierunku, w głąb wesołego miasteczka. Ale
wkrótce usłyszałam tupot jego ciężkich kroków za plecami. 
Chciałam wrócić do tunelu strachu i tam się schować, ale byłam tak
przerażona, ze potknęłam się o jakieś deski, przeleciałam w 
powietrzu kilka metrów i upadłam na ziemię.
Czyjaś szorstka ręka postawiła mnie z powrotem na nogi. Nad sobą
ujrzałam rozwścieczoną twarz McAllistaira. Zadrżały mi kolana
i oblałam się zimnym potem, ale nie opuściłam wzroku. Nie byłam
w stanie oderwać go od pary zimnych oczu, które miałam przed sobą.
- Czego tu szukasz, do jasnej cholery? Kto ci kazał węszyć?
Czułam na sobie jego oddech, przesiąknięty zapachem tytoniu. 
Kropla jego śliny upadła mi na powiekę.
Miałam pustkę w głowie. Potrafiłam się tylko wyrywać. Ale jego
chwyt był żelazny.
- Wsiądziesz teraz do mojego samochodu i porozmawiamy sobie,
moja panno - powiedział. - Powiesz mi, co to wszystko ma znaczyć.
Grupa mężczyzn w roboczych kaskach wyszła zza pobliskiego
budynku. Jeden z nich zadał pytanie, którego nie zrozumiałam. Nie
zatrzymując się, McAllistair w odpowiedzi odkrzyknął coś o
chuligaństwie. Ciągnął mnie za sobą do samochodu.
Ale naraz usłyszałam okrzyki zdumienia. McAllistair nie rozluźnił
uchwytu, zwolnił tylko i spojrzał w tamtą stronę. Wydawało się,
że ziemia drży. Rozejrzałam się, zdezorientowana. Dopiero gdy 
usłyszałam ten krzyk, zrozumiałam, co się dzieje. 
- Jakiś idiota uruchomił mechanizm!
Spojrzałam w tamtą stronę i zobaczyłam, że wagoniki diabelskiego
młyna ruszyły z miejsca, mimo że brakowało już sporej części szyn.
Tłum, zgromadzony u podstawy, zaczął krzyczeć z przerażenia. Paru
ludzi usiłowało wyłączyć zasilanie, zanim wagoniki wzniosą się w górę,
zanim znajdą się tam, gdzie szyn już nie było. Ale nie zdążyli. I oto
siła odśrodkowa zaczęła po kolei wyrzucać te wagoniki w przestrzeń.
Ludzie patrzyli oniemiali, jak pierwszy z nich przecina niebo, a za
nim niebezpieczny, długi sznur kolejnych...
Zapanowało kompletne zamieszanie, a McAllistair puścił moje ramię.
Ludzie rozbiegli się we wszystkich kierunkach, chroniąc się przed
wagonikami, spadającymi z nieba jak bomby. Zobaczyłam dym
i płomienie i skorzystałam z okazji, żeby co sił w nogach popędzić
do wyjścia.
Nie przestawałam biec, póki nie znalazłam się daleko na nadbrzeżnej
promenadzie. Nie mogłam złapać oddechu, kuło mnie w boku. Słyszałam
w oddali syreny wozów strażackich, a może karetek pogotowia.
Nad terenami wesołego miasteczka wznosił się słup dymu. Drżąc
rozcierałam sobie ramiona. Justin rzeczywiście zajął ich uwagę efektownym
widokiem. Miałam nadzieję, że nikt nie został ranny, choć nie zmartwiało mnie,
gdyby coś złego się stało McAllistairowi. Usiadłam na ławeczkę i popatrzyłam
na morze. Nie mogłam sobie darować, że nie usłyszałam, gdzie Justin chcę
się ze mną spotkać.
Dokąd by poszedł? Gdzie w ogóle mógł się podziać? Poczułam złość na
Justina, że nie umówił się ze mną porządnie. Czy jeszcze się zobaczymy?
Jeśli domysł Justina był słuszny, to rozbiórka wesołego miasteczka
przyśpieszyło jego zniknięcie.
Zrobiło mi się zimno, kiedy to zrozumiałam.
Justin będzie tam, gdzie zdarzył się wypadek. Czułam to. Byłam pewna.
Mdlący strach ścisnął mi przeponę. Nie chciałam oglądać miejsca w
którym Justin zginął. Obawiałam się, że tam jego śmierć stanie się dla
mnie zbyt rzeczywista. Ale jakoś wiedziałam, że tylko tam mogę go
spotkać. U musiałam się tam udać. Natychmiast.
Obok przechodził starszy mężczyzna. Podbiegłam do niego tak nagle,
że aż się cofnął. Miałam rozwiane włosy i chyba wyglądałam trochę
dziwnie. Usiłowałam uśmiechnąć się, żeby go nie przestraszyć.
- Przepraszam, czy mógłby mi pan powiedzieć, jak się idzie na
St. Lawrence Headland?
- No więc... - zaczął mi to tłumaczyć tak rozwlekle i mętnie, że aż
przebierałam nogami z niecierpliwości i powstrzymywałam się, żeby nim
nie potrząsnąć, ale po chwili wiedziałam już z grubsza, jak tam trafić,
więc podziękowałam i pobiegłam. to było około dziesięciu minut drogi
piechotą. Zaczęło z lekka mżyć, a potem mżawka zmieniła się w
ulewę. Czułam krople deszczu na karku. Wilgotne kosmki włosów
przyklejały mi się do twarzy. Ale nie zwracałam na to uwagi. Chciałam
tylko zobaczyć Justin'a.
Zgodnie z objaśnieniami starszego pana, wkrótce minęłam zakręt i
zobaczyłam urwisko sterczące nad samym brzegiem morza. Było
ogrodzone dziurawym parkanem z drucianej siatki pomalowanej na
pomarańczowo i oznaczone napisem: Uwaga! Niebezpieczeństwo!
Erozja gruntu!. Pomyślałam, że Pattie i Justin przelecieli przez ten
parkan i wpadli do wody właśnie tutaj. Odwróciłam się w stronę lądu
i rozejrzałam się. Tam biegła z pewnością droga, którą podróżowali
tamtego strasznego wieczoru.
Wszystko wyglądało tak, jak to opisał Justin. Ten widok sprawił, że
źle się poczułam. Tego, co się stało, nie da się już odwrócić.Wiedziałam,
że jeśli Justin się zaraz nie pojawi, nie będę wstanie tu wytrzymać.
Przelazłam przez płot, kalecząc sobie kolano, które zaczęło krwawić.
Na dżinsach pokazała się czerwona plama. Lało jak z cebra. Osłaniając
twarz, patrzyłam na morze, którego fale z furią rozbijały się o skały,
a deszcz zacinał, "rażąc" wzburzoną powierzchnię wody milionami igieł.
Na samej krawędzi stała ławka. Pomyślałam, że zanim urwisko się
osunęło, ławka zapewne stała w pewnej odległości od krawędzi.
Podeszłam do niej ostrożnie i obejrzałam ją z bliska. Wydawało mi się,
że ma razie można jeszcze w miarę bezpiecznie na niej siedzieć.
Drżąc z wyczerpania, opadłam na tę ławkę i zaczęłam oglądać
pulsujące bólem kolano.
- Cześć!
Podskoczyłam i odwróciłam się. To był Justin. Stał obok i chociaż
się uśmiechał, w jego oczach było coś bardzo poważnego. Zrobiłam
krok w jego stronę i zatrzymałam się.
- Musieliście tu wywrócić niezłego kozła - odezwałam się głupio.
- Nie mogę przestać o tym myśleć - odpowiedział Justin. - wszystko
w porządku? Nikt cię nie widział, kiedy uciekałaś?
- W porządku - odpowiedziałam spokojnie. Przez chwilę staliśmy
w milczeniu. Włosy Justin'a, mokre od deszczu, przylepiły się do
czoła, a jego oczy wydały mi się bardziej brązowe niż kiedykolwiek.
Zauważyłam ze zdumieniem, że lśnią od wilgoci, która nie miała nic
wspólnego z deszczem.
- Rose... - zaczął, a ja chciałam zatkać sobie uszy i ze wszystkich sił
krzyczeć, że nie chcę słuchać tego, co zamierza mi powiedzieć.
Podszedł bliżej i wziął mnie za rękę. Poszukał wzrokiem mojego
spojrzenia. - Już czas. Rozumiesz to, prawda?
- Nie możesz tego wiedzieć - zapłakałam. Uśmiechnął się smutno.
- Mogę. Wiesz, że mogę.
Rozchylił kołnierz bluzy i zobaczyłam to samo dziwne migotanie, które
przedtem pokazał mi na końcach palców. Widocznie zjawisko miało
tendencję do rozszerzania się. Dotknęłam półprzezroczystego miejsca
między jego krtanią a mostkiem. Moje palce natrafiły na ciało stałe,
ale i tak zaczęły drżeć.
- Nie boisz się? - spytałam, a łzy potoczyły się po moich policzkach.
- Ani trochę. Jestem teraz bardzo zmęczony. To, że cię poznałem...
to było najlepsze, co mnie spotkało. Ale przecież oboje wiemy, że
to nie mogło być na zawsze...
Objął mnie mocno i całował przez dłuższą chwilę, a twarze mieliśmy
mokre od deszczu i łez. A potem zauważyłam, że Justin przygląda
się czemuś, co zobaczył za moimi plecami. Otworzył szeroko
oczy. I znowu uśmiechnął się blado.
- Co tam widzisz, Justin? - odwróciłam się i zobaczyłam w strugach
deszczu drobną, ciemnowłosą, wyprostowaną kobietę.
- To ona... - szepnęłam. Skinął głową.
Pochylił się i pocałował mnie jeszcze raz. Wczepiłam się w niego mocno.
- Nie idź! Nie chcę, żebyś już odszedł! - zawołałam.
Ale on odsunął mnie łagodnie.
- Muszę, Rose. Muszę odejść. Przecież to rozumiesz.
- Tak. Tylko bez pożegnań. Nie zniosłabym ich. Po prostu odejdź.
Mówiłam głupstwa. Jakbym wierzyła, że bez pożegnać jego
odejście nie będzie prawdziwe i ostateczne.
Przytulił mnie po raz ostatni, tak mocno, że nie mogłam oddychać.
Usłyszałam jego szept:
- Rose...
A potem wypuścił mnie z ramion i zaczął iść. Pochyliłam głowę, krople
wody kapały z mojego podbródka, ale nie mogłam oderwać od niego
wzroku.
Justin i Pattie zaczęli biec w tej samej chwili. Usłyszałam jej okrzyk:
- Justin!
I padli sobie w ramiona.
Ulewa stała się tak gwałtowna, że już prawie nic nie widziałam. Otarłam
oczy rękawem kurtki i przymknęłam je na moment, a kiedy znowu je
otworzyłam, wokół nie było nikogo.
Stałam na urwisku nad brzegiem morza, zupełnie sama.

Od Autorki: Trochę smutno... Ale niestety nie mogło być
inaczej... :( :)
Pomału zbliżamy się do końca całego bloga... zostały tylko 3 rozdziały.
....
Przepraszam że rozdział nie pojawił się na czas .... ale po prostu
miałam problemy rodzinne. :/
Następny rozdział pojawi się w piątek .... <3
Chciałabym aby każdy kto czyta tego bloga zostawił pod tym
postem po sobie ślad... Wystarczy kropka ( . ) - a wtedy będę
wiedziała il;e osób to czyta. !
...
Bo pod poprzednim rozdziałem nie było za dużo komentarzy ( 5 ) 
- nie zależy mi zbytnio na nich... po piszę dla siebie i dla tych 
niektórych osób.  Informuję o nowych rozdziałach ok. 20-25 osób...
... a komentarzy jest tak niewiele ... to po co chcecie być informowani...
... ten kto już nie czyta lub mu się znudził ten blog... BO MOŻE...! - niech 
napisze w komentarzu to przestanę informować go o nowych postach.

Czytasz = Komentujesz = Motywujesz. <3




16 komentarzy:

  1. super opowiadanie oby tak dalej trzymam kciuki za autorke tego opowiadania

    OdpowiedzUsuń
  2. Jejciu ;c Popłakałam się :// Nie chce żeby był koniec :c tak bardzo tego nie chce :'( ♥

    OdpowiedzUsuń
  3. Jejku ... Genialny <333 :'(

    OdpowiedzUsuń
  4. Boze kocham <3 ja nie chce konca . Ja chce zeby on wrocil <3

    OdpowiedzUsuń
  5. ale smutno :( niech on wróci..
    @katrauuhl

    OdpowiedzUsuń
  6. O Mój Boże!!! :o nie chcę końca :'( niech Justin wróci! błagam :( kocham to, nie chcę końca!!! :( <3
    @Karolincia246

    OdpowiedzUsuń
  7. omg takie to wzruszające że myślałam że się popłacze
    rozdział boski <3 czekam nn <3
    heartbreaker-justinandmelanie.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  8. Masz zamiar pisać 2 część? Jeśli nie pomyśl nad tym . :-) To bardzo dobre ff. :-D Fajnie by było gdyby miało dalszy ciąg. :-)

    OdpowiedzUsuń
  9. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  10. Strasznie smutny :( Ale bardzo mi się podoba :) Szkoda, że to już prawie koniec...

    OdpowiedzUsuń
  11. Kiedy czytałam ten rozdział chciało mi się płakać. Świetny <3

    OdpowiedzUsuń
  12. Mam łzy w oczach naprawdę :c

    OdpowiedzUsuń

Szablon by Selly