środa, 12 marca 2014

Rozdział IV cz. 1

Gdzie jesteś Scooby Doo?
Już po chwili pożałowałam i chciałam wracać. Popchnęłam zardzewiały 
kołowrót. Ani drgnął. Mogłabym przeleźć górą, ale w takich sprawach
jestem straszną łamagą. Zresztą czułam przez skórę, że jeśli tylko
spróbuję, zaraz stanie się coś okropnego. Dobra, Rose, tylko nie 
wymiękaj - pomyślałam. Zastanów się nad tym spokojnie. To działa
pewnie tak jak Londyńskie Zoo. Wchodzi się z jednej strony, wychodzi
z drugiej.Musiałam tylko odnaleźć wyjście.I nie zapominać o oddychaniu,
żeby się nie udusić. Szłam powoli przed siebie, rozglądając się na 
wszystkie strony. Wszędzie wokół widziałam jakieś drewniane 
ogrodzenia. Wiatr wzniecał tumany kurzu i śmieci. Chodnik był 
wydeptany, widocznie kiedyś ciągnęły tędy tłumy. Tu i ówdzie 
spomiędzy jego płyt  wyrastały kępy trawy. Jakby przyroda postanowiła 
upomnieć się o to miejsce. Przed sobą miałam długi, niski pawilon
z podobiznami nietoperzy i duchów wymalowanych na fasadzie. 
Wisiał za nim szyld z czerwonym napisem TUN L STR CHU, szczerbaty 
z powodu brakujących liter. Wejście zasłaniała płachta czarnego 
plastiku, drżąca na wietrze. 
Tak , to był po prostu stary, obciachowy tunel strachu. Więc dlaczego 
nagle wydawał mi się najstraszniejszym miejscem na świecie?
Minęłam go prawie biegiem. Dzwoniły mi zęby, nie wiadomo, czy
z zimna czy z przerażenia. 
Z drugiej strony wzniosło się rusztowanie diabelskiego młyna. Ogromne
koło najeżone zarysami wagoników odcinało się od nieba niczym 
grzbiet dinozaura. Wagoniki miały wypłowiałe, żółte i zielone siedzenia
i kołysały się na wietrze, łagodnie skrzypiąc. 
Z pewnej strony, zobaczyłam znak w kształcie dłoni z wyciągniętym 
palcem wskazującym i napisem Do wyjścia.Znowu przyspieszyłam kroku,
ale nie pozwoliłam sobie biec. Bo gdybym puściła się biegiem, 
nieopanowany lęk z miejsca rzuciłby mi się do gardła i straciłabym nad 
sobą kontrolę.
I właśnie wtedy stało się coś, od czego wszystkie włosy stanęły mi dęba,
a moja uwaga napięła się do ostatnich granic. 
Usłyszałam muzykę. Metaliczne dźwięki niedzisiejszego walca płynęły
z budki stojącej nieopodal. Znowu zaatakował mnie lęk i przez chwilę
myślałam, że albo oszalałam, albo śnię. Ale nie ma tak dobrze. 
Wiedziałam przecież, że to wszytko dzieje się naprawdę, tu i teraz.
Przywarłam do ściany okrągłej butki i choć serce biło mi jak oszalałe,
rozejrzałam się ostrożnie.
Staromodna karuzela była oświecona. Zdobiły ją złote esy-floresy,
wśród których zapalały się fioletowe i niebieskie lampeczki.
Mocno sfatygowane konie z oczami postawionymi w słup płynęły
jeden za drugim, w kółko, a łagodna fala to wznosiła je, to
opuszczała. Moje serce waliło tak szybko, że aż czułam ból. 
Dotknęłam ust drżącymi palcami. Jakiś szaleniec musiał się czaić w 
pobliżu, żeby mnie wykończyć, była tego pewna. Nikt na całym świecie
nie wiedział, gdzie jestem. Więc pokiereszowane zwłoki znajdą 
przypadkiem, po wielu latach. Mojego zabójcę prasa okrzyknie
Wampirem z Wesołego Miasteczka. Wiedziałam, jak to działa. 
Oglądałam przecież telewizyjne wiadomości.
Spojrzałam pod światło, łzy zakręciły mi się w oczach i kontury
zamazały się.
I wtedy zauważyłam, że ktoś tam jest. Skakał z jednego konia 
na drugiego, jakby to nic nie było. Znowu ten chłopak. Ze śmiertelnego
strachu zdążyłam już całkiem o nim zapomnieć. Ale nie wyglądał na 
seryjnego mordercę. To był zwyczajny, wysoki, umięśniony nastolatek
w bluzie z kapturem. Wyszłam z cienia akurat w tej chwili, kiedy karuzela 
się zatrzymał, a on znalazł się tuż przede mną. Z początku zaniemówił,
a zaraz potem się na mnie wydarł. 
- Po co mi drepczesz po piętach? Śledzisz mnie? Jak się tutaj dostałaś?
- Mogę być, gdzie mi się podoba! Mam do tego takie same prawo jak ty!
A z resztą tutaj nie wolno wchodzić! 
  Wymieniliśmy spojrzenia ostre jak noże. a potem na jego ustach nagle 
pojawił się uśmiech. Należał do ludzi, których uśmiech zupełnie odmienia.
Jakby zza chmur wyjrzało słońce.
- Nie bądź taka narwana - odezwał się - Lepiej mi powiedz, jak się tu 
dostałaś.
- Znalazłam bilet. Wczoraj wyleciał Ci z kieszeni. Widziałam cię na 
przystanku. I tam leżał ten bilet. Obok ławki.
  Jego uśmiech zniknął.
- Nie zgubiłem żadnego biletu - oświadczył po chwili.
- Niech ci będzie. Ale pytałeś mnie, jak tu weszłam.
  Zmierzył mnie wzrokiem.
- Jak się nazywasz?
- Rose
- Rose? Co to za imię?
- To skrót od Rosemarie, skoro już jesteś tak ciekawy. Ale nie ręczę za 
siebie, jeśli mnie tak nazwiesz.
   Usta mu drgnęły. Pochylił głowę i nic nie odpowiedział. Między nami 
zapadło milczenie, rozciągliwe ja guma.
- Jak dotąd, tylko jedno z nas się przedstawiło - zauważyłam po 
długiej chwili, doprowadzona do ostateczności. - Nie bawię się tak.
- Justin - powiedział uśmiechając się. - Jestem Justin.
- Justin? Co to za imię? - Ja też uśmiechnęłam się. 
   Ale on sposępniał.
- Angielskie! Takie jak twoje. :d - wyjaśnił, urażony.
   Czyżbym powiedziała coś nieprzyjemnego? Jaki marudny! Sięgnęłam
do kieszeni. 
- Masz! Zgubiłeś to. - Wyciągnęłam rękę przed siebie, a on pochwycił
klucze w okamgnieniu. 
- Zwinęłaś mi je z kieszeni? - spytał, a ja zamilkłam gniewnie. Miałam 
tego po dziurki w nosie. Byłam głodna i zmarznięta. zrobiłam krok w 
stronę, którą wskazywał palec z dykty. Ale ten chłopak nagle znalazł się 
tuż przy mnie i szedł obok swoim luzackim krokiem.
- Przepraszam - powiedział. - Przecież wiem, że musiały mi wypaść.
- Tak - powiedziałam lodowato. - Tak właśnie było. A ten brelok jest 
dziewczyński.
- Mojej mamy - powiedział i spojrzał na mnie tak przenikliwie jak wczoraj.
Jakby chciał prześwietlić wszystkie moje myśli. To było strasznie irytujące. 
- Ta figurka przynosi szczęście, jeśli chcesz wiedzieć. - podniósł dłoń na 
wysokość twarzy, pokiwał nią, zamiast pomachać, i powiedział:
- Idę. Cześć.
- Część! - zawołałam, ale on już zniknął w odmętach wesołego miasteczka,
a wiatr znowu zakręcił wokół mnie śmieciami i zeschłymi liśćmi. 
Nawet nie zauważyłam, kiedy ucichła muzyka. Wszędzie zalegała grobowa
cisza. Czułam się tak samotna, jakbym była na tym świecie ostatnią żyjącą
osoba. Wydawało mi się, że kątem oka widzę jakiś ruch, ale spojrzałam 
w tamtą stronę i nic nie zobaczyłam.
pobiegłam do wyjścia. Doznałam ulgi, kiedy popchnęłam kołowrót.
Obrócił się, żeby mnie wypuścić.
 I tak znalazłam się na zewnątrz. Bez tchu.
Od Autorki: Tak wiem rozdział do bani.!
Jeżeli macie jakieś uwagi związku z wyglądem bloga bądź tym 
rozdziałem piszcie je w komentarzach. Chętnie je poczytam i spróbuję
przynajmniej trochę je zrealizować.
Dziękuje za wspaniałe komentarze pod poprzednim rozdziałem. ! 
Nawet nie wiedzie jakiej to daje otuchy i natchnienia do pisania dalej.!
Jeśli myślicie, że blog jest np. nudny i że jego tematyka(rozdziały)
wam nie pasują to piszcie - tak to blog zostanie usunięty gdyż jeżeli
nie będziecie czytać to ja nie mam po co pisać. ! :D
Rozdział V - pojawi się w sobotę. ! 
Jeśli chcecie być informowani piszcie swoje np. aski , tt i fb. 
Pozdrawiam. <3 Do następnego. !



4 komentarze:

  1. Cudowne chcemy więcej <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Ojoj suuper ! Kocham, kocham, kochaaam <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Uwielbiam <3!
    Informuj.. @VickyBibs98 :**

    OdpowiedzUsuń
  4. bardzo ładne opowiadanie :) infomuj mnie na tt:@justin4ever07 :)

    OdpowiedzUsuń

Szablon by Selly