Czy to ty, kochanie?
Kiedy wróciłam do domu, paliły się wszystkie światła. Gdzieś na górze dźwięczał
śmiech.
- Mamo?
Zdjęłam kurtkę i powiesiłam ją na poręczy schodów. Mama wyjrzała z pokoju
i położyła palec na ustach.
- Cicho! - szepnęła - Mały zasnął.
I zniknęła znowu.
Mały? Jaki znowu mały?
Zaczęłam wchodzić po schodach, nie żałując sobie hałasu. Dzień był jak dotąd
pełen niemiłych niespodzianek i nie życzyłam sobie kolejnych.
Mama z tym całym Willem siedzieli w jej ciasnym pokoiku. On trzymał w rękach
ten zepsuty kran i gapił się na mnie głupkowato, bo zignorowałam go, kiedy kiwnął
mi głową na powitanie.
- Co się tu dzieje? - spytałam. Mój głos zabrzmiał tak, jakbym była czteroletnią
nauczycielką niesfornych dzieciaków. Przypomniało mi się, że to samo pytanie
zadałam im na dzień dobry także poprzednim razem.
Mama zaczerwieniła się i zatrzepotała rzęsami.
- Will naprawia mi ten kran, ale zdaje się, że jest bardziej zepsuty, niż myśleliśmy
- odpowiedziała, udając, że nie jest ani trochę zmieszana.
- Niestety, nie jestem najlepszym majsterkowiczem - dodał przepraszającym
tonem Will. - Mógłbym podjechać do supermarketu budowlanego i kupić ci
nowy kran, ale nie będę wiedział, który ci się podoba. A poza tym nie mam co
zrobić z Dylanem. Matka poszła do lekarza, gdyby nie to, nie byłoby problemu.
Mama spojrzała na mnie, a potem znowu na Willa.
- Chyba że ... - Will na chwilę urwał, jakby zabrakło mu odwagi. - Chyba że
Rose zgodzi się mieć na niego oko przez jakieś pół godziny. Wtedy będziemy
mogli pojechać razem. I wybierzesz taki kran, jaki chcesz.
Już otwierałam usta, żeby mu odpowiedzieć, ale mama mnie ubiegła.
-Świetny pomysł! Jesteś już wystarczająco duża, żeby się nim zaopiekować,
Rose. Wrócimy niedługo.
Zanim moje brwi, uniesione niewyobrażalnie wysoko, wróciły na swoje miejsce,
oni zbiegli po schodach i wciągnęli na siebie kurtki.
- Myślisz, że Dylan będzie długo spał? - spytała mama, zwracając się do Willa,
rozpromieniona jak słoneczko.
- Będzie spał i spał bez końca - oświadczył Will. - Ale gdyby się jednak obudził,
powiedz mu, gdzie jesteśmy, Rose, i włącz mu kreskówki w telewizji.
- Dobrze - odpowiedziałam z takim trudem, jakbym wypluwała kamienie, a nie
słowa. - Nie ma sprawy. Jedźcie i bawcie się fantastycznie.
Wybiegli tak szybko, że szybciej na pewno by się nie dało. Pomyślałam, że
znaleźli sobie bezpłatną opiekę do dziecka. Niby jechali po kran, ale mama
miała taką minę, jakby wybierali się na kolację przy świecach we dwoje.
Biedny ojciec. To nie było w porządku wobec niego. Kiedy tylko go zobaczę,
usłyszy ode mnie szczegółowe sprawozdanie. Na pewno.
Nalałam sobie soku owocowego i usiadłam przy kuchennym stole, z łokciami
opartymi o blat, z twarzą w dłoniach, zasłoniętą włosami jak kurtyną. Nie miałam
już nawet sił rozzłościć się na mamę.
To był naprawdę okropny i bardzo dziwny dzień. Miałam ochotę opowiedzieć
mamie o wszystkim, ale wiedziałam, że jeśli to zrobię, nie wypuści mnie z
domu co najmniej do trzydziestych urodzin.
- Gdzie mój tatuś?
Słysząc ten głosik, aż podskoczyłam. Dylan stał w przedpokoju z rozczochranymi
włosami, z pucołowatymi policzkami i wytartym pluszowym pieskiem pod pachą.
Jeszcze i to.
- Wyszedł na chwilę razem z moją mamą - powiedziałam, starając się, żeby to
zabrzmiało beztrosko. Ale nie udało mi się powstrzymać od zgrzytania zębami.
Oczy zrobiły mu się jeszcze bardziej okrągłe niż zwykle.
Nigdy nie miałam brata ani siostry i nie wiedziałam, jak się obchodzić z
maluchami. Oczywiście sama byłam kiedyś mała, ale wtedy niezbyt często bawiłam
się z innymi dziećmi. Mama mówiła, że to dlatego, bo za bardzo chciałam nimi
rządzić. Ale moim zdaniem to jakiś wymysł.
Wiedziałam, że rodzice chcieli, żebym miała braciszka albo siostrzyczkę. Ale zdaje
się, że u mamy pojawił się jakiś problem medyczny, który w tym przeszkodził.
I wreszcie, po długim czasie, w zeszłym roku zaszła w ciążę.
Było to niedługo po śmierci babci. Rodzice ucieszyli się, ale mama była jeszcze
wciąż smutna z powodu babci. I ciągle wymiotowała. A pewnego dnia, kiedy
wróciłam ze szkoły, zastałam w domu Lynne, przyjaciółkę mamy. Wciągnęła
mnie do kuchni i powiedziała, że mama straciła dziecko. Przez chwilę nie mogłam
zrozumieć, co Lynne do mnie mówi, i już chciałam spytać, czy je gdzieś zgubiła.
Ale ugryzłam się w język. To było poronienie. Mama spała na górze i nie chciałam
jej obudzić. Nie pamiętam, dlaczego nie mogły się dodzwonić do ojca. Kiedy
wrócił do domu, było już późno. Usłyszałam, że krzyczy na mamę i że mama
płacze. A potem trzasnęły drzwi frontowe.
No i tak.
W każdym razie nie miałam pojęcia, jak się postępuje z małymi dziećmi. Jeśli
tylko Dylan nie zacznie płakać jakoś sobie poradzę.
- Wszystko w porządku, Dylan?
Buzia mu się wydłużyła i z oczu od razu popłynęły łzy.
- Idź sobie! - wrzasnął rozdzierająco. - Ja chcę do tatusia!
Dawałam mu znaki, żeby był cicho, ale to nic nie pomagało, wprost przeciwnie.
Wrzaski stały się jeszcze głośniejsze.
- Wiesz co? Mam chipsy - powiedziałam, chwytając się ostatniej deski ratunku.
- Lubisz chipsy, Dylan?
Kto nie lubi chipsów? Czknął potężnie i przestał wyć, a potem, patrząc na mnie
trochę podejrzliwie, kiwnął głową. Starałam się nie patrzeć na zielonego gila, który
zwisał mu z nosa i przykleił się do górnej wargi. Podeszłam do szafki kuchennej
i zaczęłam szukać w niej najgorszych Chipsów w Całym Sklepie, które mama
kupiła parę dni temu.
Już po chwili kuchnia wypełniła się odgłosami chrupania. Omijałam wzrokiem tego
gila i czułam, że umieram z głosu, bo od śniadania nic nie miałam w ustach. Nie
byłoby źle otworzyć drugą paczkę, pomyślałam.
Dylan siedział na krześle i majtał nogami. Nosił niebieski skarpetki w ciapki.
Zsunęły mus się ze stóp i stopy przez to wydawały się dużo dłuższe niż były w
rzeczywistości. Sama nie wiedziałam, dlaczego mnie to śmieszy. Patrzyliśmy na
siebie, jedząc chipsy. I nikt się nie odzywał.
Byliśmy, jak para stojących naprzeciw siebie rewolwerowców z pewnego starego
westernu, z którego muzyka też mi się od razu przypomniała. Wymierzyłam do
niego i strzeliłam z chipsa. Zachichotał i sypnął na stół serowo-cebulowymi
chrupkami. Kiedy się uśmiechał, wyglądał całkiem sympatycznie, mimo tego
paskudnego gila.
Nie trzeba go było zachęcać do tej zabawy. Zerwał się z krzesła i zaczął mnie
ostrzeliwać chrupkami. Zanurkowałam pod stół i zasłoniłam się plastikowym
obrusem. Chichotał jak wariat. Ja sama też się zaczynałam dusić ze śmiechu,
kiedy wlazł pod stół z roześmianą buzią.
Potem uciekł mi do salonu. Wygramoliłam się spod stołu i popędziłam za nim.
Schował się pod stosem poduszek na kanapie, ale wystawały jego małe stópki.
- Gdzie on może być? - zastanawiałam się na głos, udając, że go nie widzę, i
zaczęłam ściągać poduszki, jedną po drugiej. Kanapa aż się trzęsła od jego
stłumionego chichotu. A kiedy zdjęłam ostatnią poduszkę, wyskoczył spod niej
jak torpeda, wrzasnął ze wszystkich sił i popędził na schody. Prawdę mówiąc,
znudziła mnie już ta gonitwa, więc wróciłam do kuchni, zastanawiając się, jak
długo jeszcze mama będzie kupowała kran z tym całym Willem.
Zadzwonił telefon, więc podniosłam słuchawkę.
- Steve? - odezwał się kobiecy głos. - Czy to ty, kochanie?
- Kto mówi? - spytałam.
- Och, przepraszam - powiedziała zmieszana. - Zostawił u mnie telefon, więc
zadzwoniłam na ostatni wybierany numer, bo pomyślałam, że ...
Oblał mnie zimny pot. Rozłączyłam się i rzuciłam telefon na stół. Co to za
kobieta dzwoni do nas, szukając mojego ojca? I dlaczego mówi do niego
"kochanie"?
To na pewno pomyłka. Ktoś wybrał zły numer. Przecież Steve'ów jest wielu, to
częste imię.
Dylan wyczuł, że coś się zmieniło. Wszedł do kuchni z kciukiem w buzi, z oczami
jak spodki.
-Dylan, nie chciałbyś obejrzeć kreskówek w telewizji? - spytałam niepewnie. Na
szczęście kiwnął głową.
Usiadałam na kanapie obok niego. Przysunął się do mnie, mięciutki i cieplutki. Ku
mojemu własnemu zaskoczeniu było bardzo przyjemne. Oglądaliśmy Gąbko-Boba
Kanciastoportego, ale chyba się zdrzemnęłam, bo następną rzecz, jaką pamiętam,
był widok uśmiechniętych twarzy mamy i Willa, którzy stanęli w drzwiach salonu.
Dylan leżał na kanapie z głową na moim kolanie, zwinięty w kłębek jak krewetka.
- Wszystko w porządku? - spytała mama.
- Tak - wstałam pośpiesznie, a głowa Dylana spoczęła na kanapie. Obudził się
i usiadł ze zdumioną miną. Nie wyraziłam na to zgody, żeby mama sprawiała mi
przyszywanego braciszka, choćby był nie wiem jak sympatyczny.
Po kolacji siedziałam na kanapie, rozmyślając o tym, co się wydarzyło tego dnia.
Byłam świadkiem przerażającej sceny, ale wracałam myślami do innej, kiedy
siedzieliśmy na podeście karuzeli. Wstrzymywałam oddech, przypominając sobie,
jak Justin na mnie patrzył. Przez jedną chwilę myślałam wtedy, że chce mnie
pocałować. Ale bardziej prawdopodobne wydało mi się, że w tym dziwnym
miejscu moja wyobraźnia zaczynała wariować.
Mama wniosła do salonu wielką reklamówkę z marketu budowniczego B&Q.
Uśmiechnęła się trochę nerwowo.
-Hej, leniuszku - powiedziała. - Może byś tak ruszyła pupę i pomogła mi?
Nie zgadłaby, jak ciężki dzień miałam za sobą, ale spuściłam nogi na podłogę
i wstałam z kanapy. Wyciągnęła z torby duże pudło.
- Co to jest? - spytałam. Choć przecież napis na tym pudełku: Sztuczne drzewko
świerkowe, 140 cm nie pozostawiał wątpliwości.
- To jest choinka - powiedziała mama z niepewnym uśmiechem. - Pomyślałam,
że już czas się postarać, żeby w tym domu było trochę bardziej domowo.
Ubierzmy ją razem. Popatrz, kupiłam nawet trochę zaba ...
- Ale ta choinka jest sztuczna! - wpadłam jej w słowo. - Zawsze mieliśmy
prawdziwą!
Mama właśnie wieszała sobie na szyi łańcuch choinkowy, ale kiedy to usłyszała,
opuściła ręce.
- Wiem - powiedziała spokojnie. - Ale widzisz, teraz jest u nas dość ciasno. A
poza tym to drzewko zostanie nam na następne lata. Zobacz, jakie jest ładne.
Wygląda jak prawdziwe.
Wyciągnęła z pudła tę zieloną plastikową rzecz. Uklękła i zaczęła ustawiać ją
na podłodze.
Miała rację, choinka wyglądała jak prawdziwa. Gdybym nie miała węchu, nie
poznałabym, że jest sztuczna. Ale co to za Gwiazdka ze sztucznym drzewkiem?
Oczy napełniły mi się łzami. W tamtej chwili oddałabym wszystko za to, żeby
maszyna czasu przeniosła mnie z powrotem do dawnego życia, do Londynu,
do ojca. Mniejsza o to, że się kłócili - i tak było mi tam lepiej niż w tej
zapadłej dziurze., po której chodzili jacyś agresywni faceci z byczym karkiem
i opuszczeni chłopcy o smutnych oczach. I w której moja własna matka
potrafiła bez mrugnięcia okiem zabić ducha świąt.
Mama patrzyła na mnie uważnie.
- Co ci jest, Rose? Coś się stało? - Zbliżyła się do mnie na kolanach, a ja
wybuchnęłam płaczem. Po prostu nie mogłam się powstrzymać. Przytuliła
mnie, nie zważając na gile z nosa wymieszane ze łzami, które rozsmarowałam
sobie na policzkach. Płakałam jak małe dziecko.
- Och, Rose ... - powiedziała miękko, głaszcząc mnie po włosach. - Wiem,
że ta przeprowadzka była dla ciebie czymś okropnym. I wiem, jak bardzo
tęsknisz za ojcem. Ale musimy przyzwyczaić się do nowego miejsca. I
przekonasz się, jak pięknie tu jest latem. Wszystko się ułoży, kochanie.
Naprawdę.
Przestałam płakać i trzeć oczy. Wiedziałam, że są opuchnięte i że dalej
cieknie mi z nosa, ale nic mnie to nie obchodziło.
- Musisz coś zrobić, żeby ojciec przyjechał do nas na święta.
Ściągnęłam brwi.
- Rose, to nie jest takie proste ...
- Musisz! - przerwałam jej. - Jeśli powiesz mu, że chcesz, żeby przyjechał,
to na pewno przyjedzie! Wiem, że tak będzie.
Mama przykucnęła i przyglądała mi się przez chwilę. Kiedy znowu się
odezwała, jej głos był bardzo cichy.
- Jesteś przekonana, że to wszystko moja wina. Ale to skomplikowane
dorosłe sprawy i nie mogę ci tego wytłumaczyć ...
- Wyrzuciłaś go z domu, więc nie mów teraz, że było inaczej! - Nieraz
zdarza mi się nagle zauważyć, że stoję na środku pokoju i wrzeszczę. To
właśnie był jeden z tych przypadków. - Wiem, jak było! To przez ciebie!
Rysy mamy zesztywniały. Wstała z podłogi.
-Rose - odezwała się. - Nic nie wiesz.
- No to mi powiedz! - darłam się.
Mama znowu patrzyła na mnie przez długą, bardzo długą chwilę. A potem
odezwał się spokojnym, choć drżącym głosem.
- Między mną i ojcem wszystko skończone. Nigdy nie zamieszkamy tu
wszyscy razem. Musisz się z tym pogodzić. Prawda jest taka, że ojciec
się ze mną ... rozstał. Przykro mi, ale tak właśnie mają się sprawy.
- Kłamiesz! - wrzeszczałam. Była tak blisko, że widziałam swoje własne
odbicie w jej oczach. - To wszystko przez ciebie! Kłamiesz i nienawidzę
cię! Nienawidzę cię!
Usłyszałam klaśnięcie, zanim mój umysł zarejestrował to, co się stało.
Palił mnie policzek. Mama była chyba tak samo zaskoczona tym, co
zrobiła.
- Rose, poczekaj! - zawołała.
Ale ja już odwróciłam się na pięcie i wyszłam z pokoju z całą godnością,
na jaką w tej chwili potrafiłam się zdobyć. wychodząc, usłyszałam jeszcze,
jak sztuczna choinka przewraca się na podłogę z odgłosem, który przypominał
ciężkie westchnienie.
Od Autorki: Ups! Znowu kłótnia pomiędzy Rose a jej mamą.
Przepraszam Was za to, że rozdział pojawia się tak późno.
Po prostu były święta i zjechała się rodzina i nie miałam czasu.
Potem w lany poniedziałek zostałam oblana wodą a było dość
zimno i ... znowu byłam chora. Leżałam z gorączką w łóżku.
Następny rozdział pojawi się w środę :))
Rozdział jest trochę dłuższy niż poprzedni :))
Jeszcze raz Was bardzo przepraszam. !
Jeżeli przeczytałeś/aś ten rozdział to z komentuj
bo dla Ciebie to tylko chwila a dla mnie znak, że
ktoś to czyta. :))
Czytasz=Komentujesz=Motywujesz
chrupkami. Kiedy się uśmiechał, wyglądał całkiem sympatycznie, mimo tego
paskudnego gila.
Nie trzeba go było zachęcać do tej zabawy. Zerwał się z krzesła i zaczął mnie
ostrzeliwać chrupkami. Zanurkowałam pod stół i zasłoniłam się plastikowym
obrusem. Chichotał jak wariat. Ja sama też się zaczynałam dusić ze śmiechu,
kiedy wlazł pod stół z roześmianą buzią.
Potem uciekł mi do salonu. Wygramoliłam się spod stołu i popędziłam za nim.
Schował się pod stosem poduszek na kanapie, ale wystawały jego małe stópki.
- Gdzie on może być? - zastanawiałam się na głos, udając, że go nie widzę, i
zaczęłam ściągać poduszki, jedną po drugiej. Kanapa aż się trzęsła od jego
stłumionego chichotu. A kiedy zdjęłam ostatnią poduszkę, wyskoczył spod niej
jak torpeda, wrzasnął ze wszystkich sił i popędził na schody. Prawdę mówiąc,
znudziła mnie już ta gonitwa, więc wróciłam do kuchni, zastanawiając się, jak
długo jeszcze mama będzie kupowała kran z tym całym Willem.
Zadzwonił telefon, więc podniosłam słuchawkę.
- Steve? - odezwał się kobiecy głos. - Czy to ty, kochanie?
- Kto mówi? - spytałam.
- Och, przepraszam - powiedziała zmieszana. - Zostawił u mnie telefon, więc
zadzwoniłam na ostatni wybierany numer, bo pomyślałam, że ...
Oblał mnie zimny pot. Rozłączyłam się i rzuciłam telefon na stół. Co to za
kobieta dzwoni do nas, szukając mojego ojca? I dlaczego mówi do niego
"kochanie"?
To na pewno pomyłka. Ktoś wybrał zły numer. Przecież Steve'ów jest wielu, to
częste imię.
Dylan wyczuł, że coś się zmieniło. Wszedł do kuchni z kciukiem w buzi, z oczami
jak spodki.
-Dylan, nie chciałbyś obejrzeć kreskówek w telewizji? - spytałam niepewnie. Na
szczęście kiwnął głową.
Usiadałam na kanapie obok niego. Przysunął się do mnie, mięciutki i cieplutki. Ku
mojemu własnemu zaskoczeniu było bardzo przyjemne. Oglądaliśmy Gąbko-Boba
Kanciastoportego, ale chyba się zdrzemnęłam, bo następną rzecz, jaką pamiętam,
był widok uśmiechniętych twarzy mamy i Willa, którzy stanęli w drzwiach salonu.
Dylan leżał na kanapie z głową na moim kolanie, zwinięty w kłębek jak krewetka.
- Wszystko w porządku? - spytała mama.
- Tak - wstałam pośpiesznie, a głowa Dylana spoczęła na kanapie. Obudził się
i usiadł ze zdumioną miną. Nie wyraziłam na to zgody, żeby mama sprawiała mi
przyszywanego braciszka, choćby był nie wiem jak sympatyczny.
Po kolacji siedziałam na kanapie, rozmyślając o tym, co się wydarzyło tego dnia.
Byłam świadkiem przerażającej sceny, ale wracałam myślami do innej, kiedy
siedzieliśmy na podeście karuzeli. Wstrzymywałam oddech, przypominając sobie,
jak Justin na mnie patrzył. Przez jedną chwilę myślałam wtedy, że chce mnie
pocałować. Ale bardziej prawdopodobne wydało mi się, że w tym dziwnym
miejscu moja wyobraźnia zaczynała wariować.
Mama wniosła do salonu wielką reklamówkę z marketu budowniczego B&Q.
Uśmiechnęła się trochę nerwowo.
-Hej, leniuszku - powiedziała. - Może byś tak ruszyła pupę i pomogła mi?
Nie zgadłaby, jak ciężki dzień miałam za sobą, ale spuściłam nogi na podłogę
i wstałam z kanapy. Wyciągnęła z torby duże pudło.
- Co to jest? - spytałam. Choć przecież napis na tym pudełku: Sztuczne drzewko
świerkowe, 140 cm nie pozostawiał wątpliwości.
- To jest choinka - powiedziała mama z niepewnym uśmiechem. - Pomyślałam,
że już czas się postarać, żeby w tym domu było trochę bardziej domowo.
Ubierzmy ją razem. Popatrz, kupiłam nawet trochę zaba ...
- Ale ta choinka jest sztuczna! - wpadłam jej w słowo. - Zawsze mieliśmy
prawdziwą!
Mama właśnie wieszała sobie na szyi łańcuch choinkowy, ale kiedy to usłyszała,
opuściła ręce.
- Wiem - powiedziała spokojnie. - Ale widzisz, teraz jest u nas dość ciasno. A
poza tym to drzewko zostanie nam na następne lata. Zobacz, jakie jest ładne.
Wygląda jak prawdziwe.
Wyciągnęła z pudła tę zieloną plastikową rzecz. Uklękła i zaczęła ustawiać ją
na podłodze.
Miała rację, choinka wyglądała jak prawdziwa. Gdybym nie miała węchu, nie
poznałabym, że jest sztuczna. Ale co to za Gwiazdka ze sztucznym drzewkiem?
Oczy napełniły mi się łzami. W tamtej chwili oddałabym wszystko za to, żeby
maszyna czasu przeniosła mnie z powrotem do dawnego życia, do Londynu,
do ojca. Mniejsza o to, że się kłócili - i tak było mi tam lepiej niż w tej
zapadłej dziurze., po której chodzili jacyś agresywni faceci z byczym karkiem
i opuszczeni chłopcy o smutnych oczach. I w której moja własna matka
potrafiła bez mrugnięcia okiem zabić ducha świąt.
Mama patrzyła na mnie uważnie.
- Co ci jest, Rose? Coś się stało? - Zbliżyła się do mnie na kolanach, a ja
wybuchnęłam płaczem. Po prostu nie mogłam się powstrzymać. Przytuliła
mnie, nie zważając na gile z nosa wymieszane ze łzami, które rozsmarowałam
sobie na policzkach. Płakałam jak małe dziecko.
- Och, Rose ... - powiedziała miękko, głaszcząc mnie po włosach. - Wiem,
że ta przeprowadzka była dla ciebie czymś okropnym. I wiem, jak bardzo
tęsknisz za ojcem. Ale musimy przyzwyczaić się do nowego miejsca. I
przekonasz się, jak pięknie tu jest latem. Wszystko się ułoży, kochanie.
Naprawdę.
Przestałam płakać i trzeć oczy. Wiedziałam, że są opuchnięte i że dalej
cieknie mi z nosa, ale nic mnie to nie obchodziło.
- Musisz coś zrobić, żeby ojciec przyjechał do nas na święta.
Ściągnęłam brwi.
- Rose, to nie jest takie proste ...
- Musisz! - przerwałam jej. - Jeśli powiesz mu, że chcesz, żeby przyjechał,
to na pewno przyjedzie! Wiem, że tak będzie.
Mama przykucnęła i przyglądała mi się przez chwilę. Kiedy znowu się
odezwała, jej głos był bardzo cichy.
- Jesteś przekonana, że to wszystko moja wina. Ale to skomplikowane
dorosłe sprawy i nie mogę ci tego wytłumaczyć ...
- Wyrzuciłaś go z domu, więc nie mów teraz, że było inaczej! - Nieraz
zdarza mi się nagle zauważyć, że stoję na środku pokoju i wrzeszczę. To
właśnie był jeden z tych przypadków. - Wiem, jak było! To przez ciebie!
Rysy mamy zesztywniały. Wstała z podłogi.
-Rose - odezwała się. - Nic nie wiesz.
- No to mi powiedz! - darłam się.
Mama znowu patrzyła na mnie przez długą, bardzo długą chwilę. A potem
odezwał się spokojnym, choć drżącym głosem.
- Między mną i ojcem wszystko skończone. Nigdy nie zamieszkamy tu
wszyscy razem. Musisz się z tym pogodzić. Prawda jest taka, że ojciec
się ze mną ... rozstał. Przykro mi, ale tak właśnie mają się sprawy.
- Kłamiesz! - wrzeszczałam. Była tak blisko, że widziałam swoje własne
odbicie w jej oczach. - To wszystko przez ciebie! Kłamiesz i nienawidzę
cię! Nienawidzę cię!
Usłyszałam klaśnięcie, zanim mój umysł zarejestrował to, co się stało.
Palił mnie policzek. Mama była chyba tak samo zaskoczona tym, co
zrobiła.
- Rose, poczekaj! - zawołała.
Ale ja już odwróciłam się na pięcie i wyszłam z pokoju z całą godnością,
na jaką w tej chwili potrafiłam się zdobyć. wychodząc, usłyszałam jeszcze,
jak sztuczna choinka przewraca się na podłogę z odgłosem, który przypominał
ciężkie westchnienie.
Od Autorki: Ups! Znowu kłótnia pomiędzy Rose a jej mamą.
Przepraszam Was za to, że rozdział pojawia się tak późno.
Po prostu były święta i zjechała się rodzina i nie miałam czasu.
Potem w lany poniedziałek zostałam oblana wodą a było dość
zimno i ... znowu byłam chora. Leżałam z gorączką w łóżku.
Następny rozdział pojawi się w środę :))
Rozdział jest trochę dłuższy niż poprzedni :))
Jeszcze raz Was bardzo przepraszam. !
Jeżeli przeczytałeś/aś ten rozdział to z komentuj
bo dla Ciebie to tylko chwila a dla mnie znak, że
ktoś to czyta. :))
Czytasz=Komentujesz=Motywujesz
Super <3 robi się coraz ciekawiej ^^
OdpowiedzUsuńczekam na następny. Justin i Rose zbliżą się do siebie ? :) :*
OdpowiedzUsuńZajebisty rozdział świetnie piszesz ;) <3
OdpowiedzUsuńCzekam na następny ♥
OdpowiedzUsuńŚwietny <3 Jak będziesz chciała mogę ci dać kawałek mojego opowiadania i powiesz jaki jest :**
OdpowiedzUsuń