Newcastle
Wróciłam do domu półprzytomna. Mama rozmawiała właśnie przez telefon. Na
mój widok twarz jej się rozjaśniła.
- Rose właśnie weszła. Może z nią porozmawiasz?
Wręczyła mi słuchawkę, mrucząc: "To twój ojciec". W zwykłych okolicznościach
pochwyciłabym tę słuchawkę czy prędzej. Ale tego dnia zawahałam się. Jakbym
się bała, że telefon mnie ugryzie. Przypomniały mi się te okropne rzeczy o ojcu,
które usłyszałam od mamy.
- Czy to moje maleństwo? Jesteś tam, Rose?
- Cześć, tato - odezwałam się głosem bez wyrazu.
- Jak się miewa moja księżniczka?
- W porządku. Tęsknię za tobą.
- Ja też za tobą tęsknię, kochanie. Ale mam dobre wiadomość, Rose. Zdaje się,
że jednak będę mógł przyjechać do ciebie na Boże Narodzenie.
- O ... Fajnie.
- I będziemy mieli prawdziwe święta.
- Tak...
- I wiesz co, Rose? - ojciec odchrząknął
- Co?
- Będziemy musieli porozmawiać o różnych sprawach. Mama, ty i ja.
Nie odpowiedziałam.
- Jesteś tam jeszcze?
- Tak ...
- Wszystko ci wyjaśnię, kiedy przyjadę, ale chciałbym ci powiedzieć o tym,
co najważniejsze. Zaproponowano mi pracę.
- Pracę? To chyba dobrze?
- Tak, ale to praca .... W Newcastle.*
- Przecież Newcastle jest na drugim końcu kraju! To już prawie Szkocja!
Słyszałam ciężki oddech ojca po drugiej stronie linii. Spojrzałam na stolik,
na którym stał telefon. Zobaczyłam mnóstwo szpargałów, a na wierzchu
leżała kartka świąteczna, którą mama na pewno dostała od tego całego
Willa. To wszystko zupełnie mi się nie podobało.
- Praca jest bardzo dobrze płatna i właśnie w tym rzecz - powiedział ojciec. -
Nie mogę sobie pozwolić na odrzucenie tej propozycji. Przyjadę na święta
i wtedy porozmawiamy. A teraz zawołaj mi jeszcze mamę do telefonu.
Bez pożegnania z ojcem oddałam mamie słuchawkę i poszłam do kuchni.
Usiadłam tam przy stole i słuchałam, jak mama mówi przez telefon tym
swoim specjalnym, wysokim głosem, który był zarezerwowany wyłącznie
dla ojca.
- Nie rozumiem, czemu nie możesz po prostu zarezerwować biletu i
powiedzieć mi dokładnie, kiedy przyjeżdżasz. Przyszłybyśmy po ciebie
na dworzec.
Cisza.
- Ależ Steve ... - usłyszałam głębokie westchnienie. - Słuchaj, to mnie nie
w ogóle nie interesuje. Chciałabym, żebyś wreszcie zaczął się
zachowywać odpowiedzialnie.
Wstałam od stołu. Przeszłam przez przedpokój i zaczęłam wchodzić po
schodach na górę. I chociaż się nie obejrzałam, wiedziałam, że mama
patrzy za mną.
Zamknęłam za sobą drzwi pokoju i położyłam się na łóżku. Wbiłam
wzrok w sufit. Z dołu dochodziły stłumione odgłosy rozmowy
telefonicznej. Byłam zadowolona, że nie muszę tego słuchać.
Myślałam w kółko o tych samych kilku sprawach ... .
Wypadek, Justin, ojciec, Newcastle. Tydzień temu poprosiłabym
ojca, żeby zabrał mnie tam ze sobą. W Newcastle byłoby
całkiem fajnie. Nie wiedziałam, dokładnie, jak tam jest, ale na pewno
o niebo lepiej niż w Stratford. I byłabym tam razem z ojcem, więc
nie musiałabym za nim tęsknić. Ale teraz coś się zmieniło. Kiedy
siedziałam w saloniku tej starszej pani, bałam się, że już nigdy więcej
nie zobaczę Justin'a ... Tak, coś się zmieniło.
Wiedziałam, że teraz nie zostawię go tu samego.
Leżałam z twarzą wtuloną w poduszkę, gdy rozległ się dzwonek
u frontowych drzwi, a zaraz potem wesoły głos mamy, przeznaczony
do witania nieoczekiwanych gości.
- Rose, jesteś tam? Zejdź na dół, proszę.
Postanowiłam zignorować to wezwanie.
Chwilę później ktoś zapukał cicho do drzwi mojego pokoju.
zdecydowałam się ignorować i to. Ale ten, kto pukał, był uparty.
Zerwałam się z łóżka, zła i gwałtownie szarpnęłam klamkę.
- O... - powiedziałam, zmieszana. - Myślałam, że to moja mama.
Przede mną stała ta dziewczyna z domku z pianinem i kotem. Teraz
stała przede mną zaczerwieniona i nawijała na palec pasmo jasnych,
długich włosów.
- Przepraszam - wybąkała. - Twoja mama uparła się, żebym tu weszła.
Bo moja mama urządza imprezę dla sąsiadów... Wiesz, będą się
wymieniać niepotrzebnymi rzeczami. Ale nie chcę się do ciebie wpychać.
W domu powiem, że byłam i że nagadałyśmy się do syta.
Poczułam, że coś się dzieje z moimi policzkami. Po prostu się uśmiechnęłam.
- Nie, coś ty. Wejdź - powiedziałam. - Jestem Rose.
Kiwnęła głową.
- Wiem. A ja jestem Abbie.
Spodziewałam się, że spyta o nazwisko, bo tak robi większość ludzi, ale
ona tylko patrzyła na mnie niezdecydowanie.
- Nie wejdziesz? - spytałam, otwierając drzwi szerzej.
- A powinnam? - odpowiedziała chłodno. Teraz ja się zaczerwieniłam, bo
spojrzałam na swój pokój okiem kogoś obcego. Dotąd nie powiesiłam na
ścianach moich ulubionych plakatów. Wszędzie walały się ubrania.
- Mam trochę bałagan - powiedziałam.
- No tak, ale przecież dopiero się wprowadziłaś. Ten pokój ma przed
sobą wielką przyszłość.
- Tak sądzisz?
- Bardzo lubię te świetliki. Mam takie same w moim pokoju. Musisz tylko...
Ku mojemu zdumieniu zrzuciła z nóg balerinki i wskoczyła na niepościelone
łóżko. Zaczęła walczyć z ramą okienną. Nigdy dotąd nie otwierałam tych
okienek, bo przecież BYŁ GRUDZIEŃ, no i w ogóle. Ale po chwili
okno ustąpiło, zasypując jej włosy płatkami suchej farby. I otworzyło się,
wpuszczając do środka strumień świeżego powietrza.
- Chodź tu - powiedziała, zaróżowiona z emocji.
Z ociąganiem weszłam na swoje łóżko, jakby teraz już należało do niej, nie
do mnie. Unikałam jej spojrzenia, gdy tak stałyśmy obok siebie,
niepokojąco blisko.
-Rozejrzyj się.
Aż mnie zatkało.
Zobaczyłam w oddali szarozielony pas morza i piękne dachówki na
dachach okolicznych domów, bo nasza ulica biegła grzbietem wzgórza. Z
niektórych kominów leciał dym, a na niebie kłębiły się różowe chmurki.
- O! - zdołałam tylko wykrztusić
- Z pewnego oddalenia Stratford nie wygląda wcale tak ponuro - zauważyła.
Roześmiałam się.
- Abbieee! - zawołał gdzieś na dole nieznany mi głos. Wywróciła oczami.
- To moja domowa dyrekcja. Muszę już lecieć. Ale wiesz co? Jutro po
południu przychodzi do mnie parę ludzi z naszej szkoły. Bo będziesz chodziła
do JS-a, tak?
Chwilę zajęło mi rozszyfrowanie tego skrótu. Chodziło jej o szkołę imienia
Jeanne'a Sauve'a. Kiwnęłam głową.
- Właśnie. No to wpadnij. Koło siódmej.
Rumieniec szczęścia nieśmiało zabarwił moją twarz.
- Tak, będę. Dzięki - szepnęłam.
Machnęła mi ręką na pożegnanie i zbiegła po schodach. Weszłam z powrotem
na łóżko i spojrzałam na panoramę Stratford pod ciemniejącym niebem. Dalej
uważałam, że to dziura zabita dechami, ale musiałam przyznać, że z okna
mojego pokoju miasteczko prezentowało się naprawdę nieźle. Oddychałam
rześkim powietrzem i rozmyślałam o wizycie Abbie. Jak miło wiedzieć, że
mogę znów mieć koleżankę. Kogoś żywego. Bo fajnie było włóczyć się z
Justin'em, ale choć wiedziałam, że Justin mnie lubi, to nie łudziłam się, że
nasza przyjaźń ma przed sobą przyszłość. Nie mogła jej mieć.
___________________________________________________
* nazwa została zmyślona.
Od Autorki:
Na początek chciałabym Was bardzo przeprosić że rozdział wogólę
nie pojawił się w poprzednim tygodniu...
... Hmm. ... Nie dodałam nic gdyż mój dziadek z dnia na dzień coraz
gorzej się czuł, aż do tego stopnia że zabrali go do szpitala. ...
... Nie wiem. jak to dalej będzie. Ale lekarze mówią, że raczej nic już nie
da się zrobić... Mówią, że zostało mu góra 2 tygodnie życia. :/
Więc przepraszam, że jeżeli następne rozdziały nie pojawią się na
czas! :(
Ten rozdział jest trochę dłuższy!
Następny powinien pojawić się w piątek. (Lub wcześniej) :))
- Spróbuję tym razem Was nie zawieść!
Czytasz=Komentujesz=Motywujesz!
- O ... Fajnie.
- I będziemy mieli prawdziwe święta.
- Tak...
- I wiesz co, Rose? - ojciec odchrząknął
- Co?
- Będziemy musieli porozmawiać o różnych sprawach. Mama, ty i ja.
Nie odpowiedziałam.
- Jesteś tam jeszcze?
- Tak ...
- Wszystko ci wyjaśnię, kiedy przyjadę, ale chciałbym ci powiedzieć o tym,
co najważniejsze. Zaproponowano mi pracę.
- Pracę? To chyba dobrze?
- Tak, ale to praca .... W Newcastle.*
- Przecież Newcastle jest na drugim końcu kraju! To już prawie Szkocja!
Słyszałam ciężki oddech ojca po drugiej stronie linii. Spojrzałam na stolik,
na którym stał telefon. Zobaczyłam mnóstwo szpargałów, a na wierzchu
leżała kartka świąteczna, którą mama na pewno dostała od tego całego
Willa. To wszystko zupełnie mi się nie podobało.
- Praca jest bardzo dobrze płatna i właśnie w tym rzecz - powiedział ojciec. -
Nie mogę sobie pozwolić na odrzucenie tej propozycji. Przyjadę na święta
i wtedy porozmawiamy. A teraz zawołaj mi jeszcze mamę do telefonu.
Bez pożegnania z ojcem oddałam mamie słuchawkę i poszłam do kuchni.
Usiadłam tam przy stole i słuchałam, jak mama mówi przez telefon tym
swoim specjalnym, wysokim głosem, który był zarezerwowany wyłącznie
dla ojca.
- Nie rozumiem, czemu nie możesz po prostu zarezerwować biletu i
powiedzieć mi dokładnie, kiedy przyjeżdżasz. Przyszłybyśmy po ciebie
na dworzec.
Cisza.
- Ależ Steve ... - usłyszałam głębokie westchnienie. - Słuchaj, to mnie nie
w ogóle nie interesuje. Chciałabym, żebyś wreszcie zaczął się
zachowywać odpowiedzialnie.
Wstałam od stołu. Przeszłam przez przedpokój i zaczęłam wchodzić po
schodach na górę. I chociaż się nie obejrzałam, wiedziałam, że mama
patrzy za mną.
Zamknęłam za sobą drzwi pokoju i położyłam się na łóżku. Wbiłam
wzrok w sufit. Z dołu dochodziły stłumione odgłosy rozmowy
telefonicznej. Byłam zadowolona, że nie muszę tego słuchać.
Myślałam w kółko o tych samych kilku sprawach ... .
Wypadek, Justin, ojciec, Newcastle. Tydzień temu poprosiłabym
ojca, żeby zabrał mnie tam ze sobą. W Newcastle byłoby
całkiem fajnie. Nie wiedziałam, dokładnie, jak tam jest, ale na pewno
o niebo lepiej niż w Stratford. I byłabym tam razem z ojcem, więc
nie musiałabym za nim tęsknić. Ale teraz coś się zmieniło. Kiedy
siedziałam w saloniku tej starszej pani, bałam się, że już nigdy więcej
nie zobaczę Justin'a ... Tak, coś się zmieniło.
Wiedziałam, że teraz nie zostawię go tu samego.
Leżałam z twarzą wtuloną w poduszkę, gdy rozległ się dzwonek
u frontowych drzwi, a zaraz potem wesoły głos mamy, przeznaczony
do witania nieoczekiwanych gości.
- Rose, jesteś tam? Zejdź na dół, proszę.
Postanowiłam zignorować to wezwanie.
Chwilę później ktoś zapukał cicho do drzwi mojego pokoju.
zdecydowałam się ignorować i to. Ale ten, kto pukał, był uparty.
Zerwałam się z łóżka, zła i gwałtownie szarpnęłam klamkę.
- O... - powiedziałam, zmieszana. - Myślałam, że to moja mama.
Przede mną stała ta dziewczyna z domku z pianinem i kotem. Teraz
stała przede mną zaczerwieniona i nawijała na palec pasmo jasnych,
długich włosów.
- Przepraszam - wybąkała. - Twoja mama uparła się, żebym tu weszła.
Bo moja mama urządza imprezę dla sąsiadów... Wiesz, będą się
wymieniać niepotrzebnymi rzeczami. Ale nie chcę się do ciebie wpychać.
W domu powiem, że byłam i że nagadałyśmy się do syta.
Poczułam, że coś się dzieje z moimi policzkami. Po prostu się uśmiechnęłam.
- Nie, coś ty. Wejdź - powiedziałam. - Jestem Rose.
Kiwnęła głową.
- Wiem. A ja jestem Abbie.
Spodziewałam się, że spyta o nazwisko, bo tak robi większość ludzi, ale
ona tylko patrzyła na mnie niezdecydowanie.
- Nie wejdziesz? - spytałam, otwierając drzwi szerzej.
- A powinnam? - odpowiedziała chłodno. Teraz ja się zaczerwieniłam, bo
spojrzałam na swój pokój okiem kogoś obcego. Dotąd nie powiesiłam na
ścianach moich ulubionych plakatów. Wszędzie walały się ubrania.
- Mam trochę bałagan - powiedziałam.
- No tak, ale przecież dopiero się wprowadziłaś. Ten pokój ma przed
sobą wielką przyszłość.
- Tak sądzisz?
- Bardzo lubię te świetliki. Mam takie same w moim pokoju. Musisz tylko...
Ku mojemu zdumieniu zrzuciła z nóg balerinki i wskoczyła na niepościelone
łóżko. Zaczęła walczyć z ramą okienną. Nigdy dotąd nie otwierałam tych
okienek, bo przecież BYŁ GRUDZIEŃ, no i w ogóle. Ale po chwili
okno ustąpiło, zasypując jej włosy płatkami suchej farby. I otworzyło się,
wpuszczając do środka strumień świeżego powietrza.
- Chodź tu - powiedziała, zaróżowiona z emocji.
Z ociąganiem weszłam na swoje łóżko, jakby teraz już należało do niej, nie
do mnie. Unikałam jej spojrzenia, gdy tak stałyśmy obok siebie,
niepokojąco blisko.
-Rozejrzyj się.
Aż mnie zatkało.
Zobaczyłam w oddali szarozielony pas morza i piękne dachówki na
dachach okolicznych domów, bo nasza ulica biegła grzbietem wzgórza. Z
niektórych kominów leciał dym, a na niebie kłębiły się różowe chmurki.
- O! - zdołałam tylko wykrztusić
- Z pewnego oddalenia Stratford nie wygląda wcale tak ponuro - zauważyła.
Roześmiałam się.
- Abbieee! - zawołał gdzieś na dole nieznany mi głos. Wywróciła oczami.
- To moja domowa dyrekcja. Muszę już lecieć. Ale wiesz co? Jutro po
południu przychodzi do mnie parę ludzi z naszej szkoły. Bo będziesz chodziła
do JS-a, tak?
Chwilę zajęło mi rozszyfrowanie tego skrótu. Chodziło jej o szkołę imienia
Jeanne'a Sauve'a. Kiwnęłam głową.
- Właśnie. No to wpadnij. Koło siódmej.
Rumieniec szczęścia nieśmiało zabarwił moją twarz.
- Tak, będę. Dzięki - szepnęłam.
Machnęła mi ręką na pożegnanie i zbiegła po schodach. Weszłam z powrotem
na łóżko i spojrzałam na panoramę Stratford pod ciemniejącym niebem. Dalej
uważałam, że to dziura zabita dechami, ale musiałam przyznać, że z okna
mojego pokoju miasteczko prezentowało się naprawdę nieźle. Oddychałam
rześkim powietrzem i rozmyślałam o wizycie Abbie. Jak miło wiedzieć, że
mogę znów mieć koleżankę. Kogoś żywego. Bo fajnie było włóczyć się z
Justin'em, ale choć wiedziałam, że Justin mnie lubi, to nie łudziłam się, że
nasza przyjaźń ma przed sobą przyszłość. Nie mogła jej mieć.
___________________________________________________
* nazwa została zmyślona.
Od Autorki:
Na początek chciałabym Was bardzo przeprosić że rozdział wogólę
nie pojawił się w poprzednim tygodniu...
... Hmm. ... Nie dodałam nic gdyż mój dziadek z dnia na dzień coraz
gorzej się czuł, aż do tego stopnia że zabrali go do szpitala. ...
... Nie wiem. jak to dalej będzie. Ale lekarze mówią, że raczej nic już nie
da się zrobić... Mówią, że zostało mu góra 2 tygodnie życia. :/
Więc przepraszam, że jeżeli następne rozdziały nie pojawią się na
czas! :(
Ten rozdział jest trochę dłuższy!
Następny powinien pojawić się w piątek. (Lub wcześniej) :))
- Spróbuję tym razem Was nie zawieść!
Czytasz=Komentujesz=Motywujesz!
<3
OdpowiedzUsuń<3
OdpowiedzUsuńTrzymaj się Maleńka <3 a rozdział cudowny jak zawsze <3
OdpowiedzUsuńKochan <3
OdpowiedzUsuńkocham ;*
OdpowiedzUsuń