Ucieczka
Drzwi mojego pokoju były zaopatrzone w staromodny zamek z kluczem.
Sprawiło to mi dziką satysfakcję, że mama się do nich do nich dobijała na
próżno. Nie zeszłam na dół przez cały wieczór, tylko leżałam, pociągając
nosem raz po raz, póki podpuchnięte oczy nie zaczęły mi się same zamykać.
Musiałam zasnąć i spać dość długo, bo przez zasłony sączyło się już blade
światło, a mama wołała do mnie przez zamknięte drzwi:
- Rose, już nie śpisz?
I mocno szarpnęła za klamkę.
- Kochanie, przepraszam. Żałuję, że cię uderzyłam. Nigdy więcej tego nie zrobię,
obiecuję. Słyszysz mnie, Rose?
Byłam głucha na jej wołanie; zresztą, zatykałam sobie uszy, póki nie doszedł do
nich stłumiony odgłos zamknięcia frontowych drzwi. Nie miałam ochoty znowu
wysłuchiwać paskudnych kłamstw.
Leżałam więc w tym nieprzyjaznym, pustym domu, czując się tak samotna jak
jeszcze nigdy dotąd. Jakbym nie przynależała już do nikogo i do niczego.
Pomyślałam, że mogłabym wrócić do wesołego miasteczka, bo to było jedyne
miejsce, gdzie miałam ochotę się znaleźć, mniejsza o to, jak bardzo było ono
dziwne i niepokojące. Strasznie chciałam spotkać się z Justinem. Ale pamiętałam
w jaki sposób się wczoraj pożegnaliśmy. I nie byłam pewna, czy Justin zechce
mnie widzieć. Gdyby kazał mi się wynosić, nie zniosłabym tego. Bo już i tak
byłam cała "obolała".
Jedynym miejscem w Londynie, które wchodziło w grę, był dom Jasminy. Dawniej,
cokolwiek się stało, zawsze umiałyśmy pocieszyć się nawzajem. Spakowanie paru
niezbędnych rzeczy do plecaka zajęło mi dziesięć minut. Zastanawiałam się przy
tym, ile potrzebuję czasu, żeby dostać się na stację, i jak długo będę czekać na
pociąg do Londynu. Postanowiłam, że do Jasminy zadzwonię z pociągu. Albo
najlepiej robię jej niespodziankę. Popędziłam przed siebie i zwolniłam dopiero na
rogu. Dotknęłam kieszeni. Miałam w niej czterdzieści funtów, które zostały mi od
ostatnich urodzin. Chciałam oszczędzać na iPada, ale teraz ten pomysł wydał mi
się beznadziejnie głupi. Po co mi iPad, kiedy dom mi się rozleciał i uderzyła mnie
własna matka?
Tego dnia było bardzo zimno i kiedy szłam w stronę dworca, dzwoniły mi zęby.
Maszerowałam mniej więcej przez kwadrans ulicą, która, jak sądziłam, zaprowadzi
mnie do stacji. Byłam pewna, że stacja musi być gdzieś niedaleko ... Może za
następnym rogiem ... albo niewiele dalej ...
W końcu dotarła do mnie ta straszna prawda: jakimś cudem udało mi się zabłądzić
w tej zapadłej dziurze.
Zatrzymałam się i postanowiłam plecak na ziemi, w ostatniej chwili omijając psią
kupę. Rozejrzawszy się po pustej uliczce, oparłam się o ścianę domu i
westchnęłam ciężko. Ukryłam twarz w dłoniach, starając się wyobrazić sobie
siebie samą, jak wysiadam z pociągu na stacji St. Pancras w Londynie. Jak
obok pędzą obcy ludzie i potrącają mnie. Co właściwie będę robić w Londynie,
jeśli ucieknę z domu? Mama Jasminie na pewno zadzwoni do mojej mamy, kiedy
tylko mnie zobaczy. Serce miałam ciężkie jak kamień. Postanowiłam wrócić do
domu, owinąć się kocem i przez cały dzień oglądać telewizję, z paczką
herbatników pod ręką. Może uda mi się choć na chwilę zapomnieć o świecie.
Nie miałam już sił iść dalej na piechotę. Powlokłam się więc na przystanek
autobusu. Spróbowałam się zorientować, gdzie właściwie jestem. Nieopodal stały
dwie młode matki z wózkami, zatopione w rozmowie. Musiałam mieć coś
dzikiego w oczach, bo odsunęły się ode mnie.
- Jak się stąd dostać do centrum? - spytałam
- Autobus powinien być za parę minut.
- Dziękuję - wymamrotałam i przysiadłam na końcu ławki.
Kobiety wróciły do przerwanej rozmowy, a ich słowa wcinały się w moje
mgliste myśli.
- Słyszałam, że zrobią to najwcześniej za pół roku - powiedziała jedna z nich.
- Zdaje się, że zaczęli nadrabiać opóźnienia - oświadczyła druga - Mój kuzyn zna
kogoś, kto pracuje u Maccanna. Podobno rozbiórka zacznie się pod koniec
stycznia.
- Im prędzej, tym lepiej - stwierdziła ta pierwsza. - To wesołe miasteczko jest
zakałą całej okolicy ... gdyby kto pytał mnie o zdanie. A pewnie słyszałaś, co
o nim mówią.
Druga parsknęła śmiechem.
- Nie do wiary, że bierzesz na serio te głupstwa.
- Ale podobno stamtąd słychać jakieś głosy! Czy możesz wyjaśnić, dlaczego
czasem zapalają się tam światła?
- Wiesz co? Jeśli to miejsce jest nawiedzione przez duchy, mówi do mnie
Lady Gaga!
I roześmiały się obie.
A tymczasem myśli kłębiły się w mojej głowie jak ciuchy w pralkosuszarce.
Nie było dla mnie zaskoczeniem, że wesołe miasteczko cieszy się złą sławą.
Znacznie bardziej zaniepokoiło mnie to, co powiedziała jedna z tych kobiet.
Justin chyba nie wiedział, że będzie mógł mieszkać w wesołym miasteczku już
tylko przez miesiąc. Wyobraziła sobie wielkie gruzowisko. Co się wtedy stanie
z Justin'em? Może wyjedzie ze Stanford, żeby szukać Pattie?
Myśl, że więcej go nie spotkam, nagle wydała mi się tak okropna, że z rozpaczą w
sercu i bez sił opadłam na plastikową ławeczkę, a dwie młode matki znowu
spojrzały na mnie z niepokojem.
Muszę zobaczyć się z Justin'em, i mniejsza o to, że wczoraj był dla mnie
nieprzyjemny. Przyjechał autobus i z głośnym sykiem otworzyły się drzwi. Obie
kobiety wtaszczyły do niego swoje wózki. Ale ja nie ruszyłam się z chodnika.
- Wsiadasz czy nie? - spytał kierowca
- Będzie pan przejeżdżał obok Słonecznego Zakątka? - spytałam
Kiwną głową.
- Jeśli wsiadasz, to się pospiesz.
......
wsunęłam bilet do maszynki przy kołowrocie. Rozejrzałam się niepewnie i dreszcz
przeleciał mi po plecach, bo przypomniałam sobie wczorajszą scenę przemocy. I
odezwało się we mnie poczucie winy: nie zgłosiłam się na policję. Posłuchałam
Justin'a, bo byłam zbyt przerażona. Ale czy to w porządku, pozwolić, żeby nikt się
o tym nie dowiedział?
stojąc przy wejściu, zaczynałam coraz bardziej marznąc, więc postanowiłam
ruszyć się z miejsca i spacerować tak długo, aż natknę się na Justin'a.
Szłam więc w głąb wesołego miasteczka. Przy karuzeli znalazłam pusty śpiwór.
Przyklękłam i dotknęłam cienkiego, śliskiego materiału.
Wiatr świszczał w ogrodzeniach i ciarki chodziły mi po krzyżu, ale siłą woli
brnęłam dalej, starając się nie patrzeć w stronę tunelu strachu.
Wkrótce wyrosło przede mną wejście do starego diabelskiego młyna. Był
zardzewiały i zniszczony, jakby miał przynajmniej ze czterysta lat. Zadrżałam na
samą myśl o przejażdżce w którymś z tych wagoników. Ale ojciec wskoczyłby
bez namysłu. Zawsze myślał, że ja też kocham diabelski młyn. Nie wiedziała, że
wolałabym zostać z mamą, na ziemi, i jeść cukrową watę. Do tego nie
przyznałabym się za nic w świecie.
Na tyłach stał rząd niskich bud z zamkniętymi na głucho okiennicami. Wyblakły
szyld, umieszczony na wysokości dachu, nosił napis Przekąski, uzupełniony
malowidłem, na którym otwierała się wielka paszcza z czerwonym językiem.
Wydawało mi się, że ta wielka paszcza jest gotowa mnie połknąć. Wesołe
miasteczko miało w sobie coś takiego, co wyciągało ze mnie każdy najmniejszy
lęk i powiększało go jak szkło powiększające.
Właśnie wtedy usłyszałam hałas. Odwróciłam się.
Justin siedział w jednym z wagoników diabelskiego młyna, dość wysoko, i patrzył
prosto przed siebie. Jego twarzy nie widziałam wyraźnie. Wydawało się, że tkwi
tam od dawna. Nagle wstał i zaczął wspinać się po metalowych elementach
konstrukcji. Z sercem bijącym jak młot podbiegłam bliżej. Spojrzał w dół, ale
wydawało mi się, że mnie nie widzi.
- Co ty robisz, Justin? Złaź! Zrobisz sobie krzywdę! - krzyczałam. Ale on nie
przestał się wspinać coraz wyżej. Silny powiew zerwał szyld i ze świstem niósł
go w stronę Justin'a. Zaczęłam krzyczeć. Justin walczył z tym wielkim kawałkiem
dykty, odpychał go od siebie, ale poślizgnął się i wylądował na kolanach na
wąskiej poprzecznej belce.
- Justin!
Śmiertelnie przerażona, bałam się nawet odetchnąć, jakby mój oddech mógł go
strącić z rusztowania. Trzęsłam się ze strachu, widząc, jak próbuje wstać z
kolan, a wiatr rozwiewa jego jasną czuprynę.
- Justin, nie!
Coś odpowiedział, ale wiatr, ale wiatr porwał jego słowa.
- Co mówiłeś? Nie słyszę!
- Muszę coś sprawdzić Rose! - zawołał. - Muszę się dowiedzieć! Nie gniewaj się!
I zaczął znowu piąć się w górę.
Krzyczałam aż do zachrypnięcia. Zastanawiałam się, czy nie lepiej pobiec na
promenadę nadmorską i tam szukać pomocy. Ale nie potrafiłam ruszyć się z
miejsca, nie mogłam oderwać wzroku. Jakbym wierzyła, że tylko dzięki mojej
obecności, dzięki sile mojej woli Justin nie spada.
Wkrótce znalazł się na szczycie bocznej podpory.
Był tam mały podest. Odetchnęłam z ulgą - teraz przynajmniej miał na
czym stanąć.
Ale wtedy zrobił coś naprawdę strasznego. Zamknął oczy, rozłożył ramiona ...
i zrobił krok do przodu. W pustą przestrzeń.
Od Autorki: Jak myślicie co się stanie z Justin'em?
Czy Justin przeżyje?
Co w tej sytuacji zrobi Rose?
Rozdział napisałam wczoraj (środa) pod wieczór. Ale go nie dodawałam!
Dlatego rozdział pojawia się dzisiaj. :))
Następny rozdział pojawi się w sobotę ... lub wcześniej ! :))
Jeśli chcesz być informowany/na o nowych rozdziałach to w komentarzu
podaj namiary na ciebie może być ( tt , fb, ask )
Jeśli przeczytałeś/aś ten rozdział to proszę z
komentuj go ... bo dla ciebie to tylko chwila, a
dla mnie znak, że ktoś to czyta! :)
Czytasz=Komentujesz=Motywujesz !
niezbędnych rzeczy do plecaka zajęło mi dziesięć minut. Zastanawiałam się przy
tym, ile potrzebuję czasu, żeby dostać się na stację, i jak długo będę czekać na
pociąg do Londynu. Postanowiłam, że do Jasminy zadzwonię z pociągu. Albo
najlepiej robię jej niespodziankę. Popędziłam przed siebie i zwolniłam dopiero na
rogu. Dotknęłam kieszeni. Miałam w niej czterdzieści funtów, które zostały mi od
ostatnich urodzin. Chciałam oszczędzać na iPada, ale teraz ten pomysł wydał mi
się beznadziejnie głupi. Po co mi iPad, kiedy dom mi się rozleciał i uderzyła mnie
własna matka?
Tego dnia było bardzo zimno i kiedy szłam w stronę dworca, dzwoniły mi zęby.
Maszerowałam mniej więcej przez kwadrans ulicą, która, jak sądziłam, zaprowadzi
mnie do stacji. Byłam pewna, że stacja musi być gdzieś niedaleko ... Może za
następnym rogiem ... albo niewiele dalej ...
W końcu dotarła do mnie ta straszna prawda: jakimś cudem udało mi się zabłądzić
w tej zapadłej dziurze.
Zatrzymałam się i postanowiłam plecak na ziemi, w ostatniej chwili omijając psią
kupę. Rozejrzawszy się po pustej uliczce, oparłam się o ścianę domu i
westchnęłam ciężko. Ukryłam twarz w dłoniach, starając się wyobrazić sobie
siebie samą, jak wysiadam z pociągu na stacji St. Pancras w Londynie. Jak
obok pędzą obcy ludzie i potrącają mnie. Co właściwie będę robić w Londynie,
jeśli ucieknę z domu? Mama Jasminie na pewno zadzwoni do mojej mamy, kiedy
tylko mnie zobaczy. Serce miałam ciężkie jak kamień. Postanowiłam wrócić do
domu, owinąć się kocem i przez cały dzień oglądać telewizję, z paczką
herbatników pod ręką. Może uda mi się choć na chwilę zapomnieć o świecie.
Nie miałam już sił iść dalej na piechotę. Powlokłam się więc na przystanek
autobusu. Spróbowałam się zorientować, gdzie właściwie jestem. Nieopodal stały
dwie młode matki z wózkami, zatopione w rozmowie. Musiałam mieć coś
dzikiego w oczach, bo odsunęły się ode mnie.
- Jak się stąd dostać do centrum? - spytałam
- Autobus powinien być za parę minut.
- Dziękuję - wymamrotałam i przysiadłam na końcu ławki.
Kobiety wróciły do przerwanej rozmowy, a ich słowa wcinały się w moje
mgliste myśli.
- Słyszałam, że zrobią to najwcześniej za pół roku - powiedziała jedna z nich.
- Zdaje się, że zaczęli nadrabiać opóźnienia - oświadczyła druga - Mój kuzyn zna
kogoś, kto pracuje u Maccanna. Podobno rozbiórka zacznie się pod koniec
stycznia.
- Im prędzej, tym lepiej - stwierdziła ta pierwsza. - To wesołe miasteczko jest
zakałą całej okolicy ... gdyby kto pytał mnie o zdanie. A pewnie słyszałaś, co
o nim mówią.
Druga parsknęła śmiechem.
- Nie do wiary, że bierzesz na serio te głupstwa.
- Ale podobno stamtąd słychać jakieś głosy! Czy możesz wyjaśnić, dlaczego
czasem zapalają się tam światła?
- Wiesz co? Jeśli to miejsce jest nawiedzione przez duchy, mówi do mnie
Lady Gaga!
I roześmiały się obie.
A tymczasem myśli kłębiły się w mojej głowie jak ciuchy w pralkosuszarce.
Nie było dla mnie zaskoczeniem, że wesołe miasteczko cieszy się złą sławą.
Znacznie bardziej zaniepokoiło mnie to, co powiedziała jedna z tych kobiet.
Justin chyba nie wiedział, że będzie mógł mieszkać w wesołym miasteczku już
tylko przez miesiąc. Wyobraziła sobie wielkie gruzowisko. Co się wtedy stanie
z Justin'em? Może wyjedzie ze Stanford, żeby szukać Pattie?
Myśl, że więcej go nie spotkam, nagle wydała mi się tak okropna, że z rozpaczą w
sercu i bez sił opadłam na plastikową ławeczkę, a dwie młode matki znowu
spojrzały na mnie z niepokojem.
Muszę zobaczyć się z Justin'em, i mniejsza o to, że wczoraj był dla mnie
nieprzyjemny. Przyjechał autobus i z głośnym sykiem otworzyły się drzwi. Obie
kobiety wtaszczyły do niego swoje wózki. Ale ja nie ruszyłam się z chodnika.
- Wsiadasz czy nie? - spytał kierowca
- Będzie pan przejeżdżał obok Słonecznego Zakątka? - spytałam
Kiwną głową.
- Jeśli wsiadasz, to się pospiesz.
......
wsunęłam bilet do maszynki przy kołowrocie. Rozejrzałam się niepewnie i dreszcz
przeleciał mi po plecach, bo przypomniałam sobie wczorajszą scenę przemocy. I
odezwało się we mnie poczucie winy: nie zgłosiłam się na policję. Posłuchałam
Justin'a, bo byłam zbyt przerażona. Ale czy to w porządku, pozwolić, żeby nikt się
o tym nie dowiedział?
stojąc przy wejściu, zaczynałam coraz bardziej marznąc, więc postanowiłam
ruszyć się z miejsca i spacerować tak długo, aż natknę się na Justin'a.
Szłam więc w głąb wesołego miasteczka. Przy karuzeli znalazłam pusty śpiwór.
Przyklękłam i dotknęłam cienkiego, śliskiego materiału.
Wiatr świszczał w ogrodzeniach i ciarki chodziły mi po krzyżu, ale siłą woli
brnęłam dalej, starając się nie patrzeć w stronę tunelu strachu.
Wkrótce wyrosło przede mną wejście do starego diabelskiego młyna. Był
zardzewiały i zniszczony, jakby miał przynajmniej ze czterysta lat. Zadrżałam na
samą myśl o przejażdżce w którymś z tych wagoników. Ale ojciec wskoczyłby
bez namysłu. Zawsze myślał, że ja też kocham diabelski młyn. Nie wiedziała, że
wolałabym zostać z mamą, na ziemi, i jeść cukrową watę. Do tego nie
przyznałabym się za nic w świecie.
Na tyłach stał rząd niskich bud z zamkniętymi na głucho okiennicami. Wyblakły
szyld, umieszczony na wysokości dachu, nosił napis Przekąski, uzupełniony
malowidłem, na którym otwierała się wielka paszcza z czerwonym językiem.
Wydawało mi się, że ta wielka paszcza jest gotowa mnie połknąć. Wesołe
miasteczko miało w sobie coś takiego, co wyciągało ze mnie każdy najmniejszy
lęk i powiększało go jak szkło powiększające.
Właśnie wtedy usłyszałam hałas. Odwróciłam się.
Justin siedział w jednym z wagoników diabelskiego młyna, dość wysoko, i patrzył
prosto przed siebie. Jego twarzy nie widziałam wyraźnie. Wydawało się, że tkwi
tam od dawna. Nagle wstał i zaczął wspinać się po metalowych elementach
konstrukcji. Z sercem bijącym jak młot podbiegłam bliżej. Spojrzał w dół, ale
wydawało mi się, że mnie nie widzi.
- Co ty robisz, Justin? Złaź! Zrobisz sobie krzywdę! - krzyczałam. Ale on nie
przestał się wspinać coraz wyżej. Silny powiew zerwał szyld i ze świstem niósł
go w stronę Justin'a. Zaczęłam krzyczeć. Justin walczył z tym wielkim kawałkiem
dykty, odpychał go od siebie, ale poślizgnął się i wylądował na kolanach na
wąskiej poprzecznej belce.
- Justin!
Śmiertelnie przerażona, bałam się nawet odetchnąć, jakby mój oddech mógł go
strącić z rusztowania. Trzęsłam się ze strachu, widząc, jak próbuje wstać z
kolan, a wiatr rozwiewa jego jasną czuprynę.
- Justin, nie!
Coś odpowiedział, ale wiatr, ale wiatr porwał jego słowa.
- Co mówiłeś? Nie słyszę!
- Muszę coś sprawdzić Rose! - zawołał. - Muszę się dowiedzieć! Nie gniewaj się!
I zaczął znowu piąć się w górę.
Krzyczałam aż do zachrypnięcia. Zastanawiałam się, czy nie lepiej pobiec na
promenadę nadmorską i tam szukać pomocy. Ale nie potrafiłam ruszyć się z
miejsca, nie mogłam oderwać wzroku. Jakbym wierzyła, że tylko dzięki mojej
obecności, dzięki sile mojej woli Justin nie spada.
Wkrótce znalazł się na szczycie bocznej podpory.
Był tam mały podest. Odetchnęłam z ulgą - teraz przynajmniej miał na
czym stanąć.
Ale wtedy zrobił coś naprawdę strasznego. Zamknął oczy, rozłożył ramiona ...
i zrobił krok do przodu. W pustą przestrzeń.
Od Autorki: Jak myślicie co się stanie z Justin'em?
Czy Justin przeżyje?
Co w tej sytuacji zrobi Rose?
Rozdział napisałam wczoraj (środa) pod wieczór. Ale go nie dodawałam!
Dlatego rozdział pojawia się dzisiaj. :))
Następny rozdział pojawi się w sobotę ... lub wcześniej ! :))
Jeśli chcesz być informowany/na o nowych rozdziałach to w komentarzu
podaj namiary na ciebie może być ( tt , fb, ask )
Jeśli przeczytałeś/aś ten rozdział to proszę z
komentuj go ... bo dla ciebie to tylko chwila, a
dla mnie znak, że ktoś to czyta! :)
Czytasz=Komentujesz=Motywujesz !
Cudowne *-* Lubię to czytać ^^ Czy mogłabym podesłać ci fragment mojego opowiadannia, które, pisze ? oceniłabyś je ? :**
OdpowiedzUsuńJasne <3
UsuńOby Justin przeżył.
OdpowiedzUsuńCudowne czekam na następny <3 <3.
Super <3 Uwielbiam wręcz to czytać <3 Czekam z niecierpliwością na następny rozdział. :3
OdpowiedzUsuńgenialny rozdział kochana <3
OdpowiedzUsuńBoże umieram! Kocham ten rozdział <3
OdpowiedzUsuń*.*
OdpowiedzUsuńmega :) mój tt https://twitter.com/paula7879
OdpowiedzUsuńŚwietny blog zapraszam do mnie <3 http://givemeareasonilikedyou.blogspot.com/
OdpowiedzUsuńO Boże!
OdpowiedzUsuń