niedziela, 11 maja 2014

Rozdział XV

Adres: Locket's Rise
Nadszedł 22 grudnia, ale w domu zupełnie nie było świątecznej atmosfery. Ani 
trochę radości.  Za każdym razem. kiedy mama usiłowała zacząć "poważną 
rozmowę", wychodziłam z pokoju. Więc mijałyśmy się jak dwie obce osoby,
zaciskając usta.
O tamtej kłótni wcale już nie myślałam. Nie mogłam uwolnić się od wspomnień
tego, co stało się z Justin'em. Może źle pamiętałam, z jak wysoka spadł na 
ziemię? A potem przypomniałam sobie, jak dziwnie leżał. Musiało mu się stać
coś złego, tego byłam pewna. Więc jak zdołał wstać i odejść? Wyobrażałam
więc sobie, że teraz leży gdzie indziej, ranny. Nie mogłam tego znieść. Mama
była w pracy. Postanowiłam wybrać się do wesołego miasteczka. Bo może
Justin wrócił?
Wyjęłam kurtkę z szafy. Moje palce natrafiły na jakiś papier wsunięty do 
kieszeni. Była to stara koperta, złożona na pół i jeszcze na pół. Rozprostowałam
ją. Linie zgięcia wyglądały, jak zmarszczki na pomiętej powierzchni. Adres
brzmiał tak:

Pattie Bieber
Locket's Rise 53
Seafort Road
Stanford
LM26 6RY*

Pattie? Byłam wstrząśnięta. Mama Justin'a? Musiał włożyć mi tę kopertę do 
kieszeni już po tym, jak spadł na ziemię. To była wiadomość dla mnie. Justin
chciał, żebym ją znalazła. 
Tym razem nie zamierzam już dać się na los szczęścia, jak przy wyprawie na 
stację, więc zajrzałam do szuflady, żeby poszukać planu miasta, który mama
kupiła zaraz po przeprowadzce. Przed wyjściem z domu włożyłam go do
kieszeni. 
Było tak zimno, że powietrze aż kuło w płuca. Ale kiedy wspinałam się na
wzgórze za naszą uliczką, niebo było błękitne, zupełnie jak w letni dzień.
Niewiele czasu zajęło mi odnalezienie wylotu ulicy Locket's Rise.
I nie wiem czemu,  gdy szłam tą uliczką, moje serce szamotało się jak
uwięziony ptak, a po karku przebiegały dreszcze.
47,49,51 ...
Dom pod numerem 53 wydał mi się mocno zaniedbany. Ze skrzynek do 
kwiatów wystawało zeschnięte, brązowe zielsko, a okna były brudne. 
Zajrzałam w jedno z okien i zobaczyłam ciasną kuchnię, w której ledwo 
mieścił się stół i parę krzeseł. Wnętrze sprawiało takie wrażenie, jakby
od dawna już nikt w nim nie mieszkał.
Usłyszałam jakiś szmer i w sąsiednim oknie ujrzałam okrągłą, rumianą
twarz. Przyglądało mi się dwoje błyszczących oczu. Zanim się obejrzałam,
starsza pani już wyszła na schodki. Ramiona trzymała skrzyżowane na 
piersi, podbródek był uniesiony i wysunięty do przodu.
- Czego tu szukasz, moje dziecko?
- Hrrr! - Nie, nie to chciałam powiedzieć. Odchrząknęłam i postarałam 
się przemówić ludzkim głosem. - Znała pani chłopca, który mieszkał w 
tym domu?
Staruszka patrzyła na mnie i patrzyła, a gdzieś w moim brzuchu zalęgło się
jakieś okropne przeczucie.
- Och... - odezwała się wreszcie, kładąc drżącą rękę na sercu. - Więc
naprawdę nic nie wiesz?
- Ale o czym? - szepnęłam. Już zrozumiałam że wolałabym nigdy nie 
poznać odpowiedzi.
- Proszę, wejdź.
- Nie! - Nie chciałam odmówić tak gwałtownie. Starsza pani aż 
podskoczyła. - Może mi pani po prostu powiedzieć, co się  z nim stało?
Widziała go pani?
- Moje dziecko ... - zaczęła znowu. - Moje dziecko ... Chodzi o to, kochanie,
że on ... że on ... nie żyje.
zaszumiało mi w uszach i poczułam nagły skurcz żołądka. Zalałam się łzami.
Myślałam o tym , jak Justin wyczołgiwał się z miejsca swojego upadku
i jak umierał w samotności.
Starsza pani mówiła dalej, ale ja nie byłam w stanie podążać za jej słowami.
- Słucham? - zapytałam
- To było coś okropnego - powiedziała. - I właśnie zbliża się rocznica. Akurat
o nich myślałam.
O czym ona mówi?
- Jak to: rocznica?
Zawahała się.
- Mija właśnie rok od śmierci chłopca i jego matki.
Zobaczyłam, że szary chodnik podnosi się i chce mnie uderzyć w głowę. Ktoś
chwycił mnie mocno za ramię. Następną rzeczą, jaką pamiętam, był zapach
pastowanej podłogi w czyimś przedpokoju.
Potem ukazała mi się wzorzysta kanapa i tapety w deseń**. Wszystko to mi się
mieszało i wydawało mi się, że to od tego pomieszczenia mam coraz gorsze
mdłości. Walczyłam z nimi na próżno i w końcu zwymiotowałam prosto do
miski, która w krytycznej chwili szczęśliwie znalazła się tuż przede mną.
Usiadałam. Byłam zbyt oszołomiona, żeby myśleć jasno. Staruszka zabrała miskę
bez słowa, a po chwili przyniosła na tacy imbryk z herbatą i talerzyk
imbirowych ciasteczek. W pokoju panowała zupełna cisza, jeśli pominąć
tykanie zegara i dolatujące zza ściany ni w pięć, ni w dziesięć wesołe odgłosy z
radia.
Podała mi filiżankę herbaty z mlekiem. Pociągnęłam łyk, ale ręce tak mi się
trzęsły, że poplamiłam sobie dżinsy.
- Muszę ci tę herbatę mocno posłodzić - powiedziała. - To cię wzmocni. Zjedz
herbatnika.
Nie miałam ochoty, ale sięgnęłam po niego posłusznie, jak automat. Jego smak
mnie otrzeźwił i wszystko mi się przypomniało, a serce znowu zaczęło łomotać.
- Pewnie go dobrze znałaś, moje dziecko? - Starsza pani przechyliła głowę i
popatrzyła ptasim spojrzeniem.
Kiwnęłam tylko głową. W moim sercu wzbierał sprzeciw. To jakaś pomyłka,
myślałam. Przecież on nie mógł umrzeć rok temu. Dopiero co spędziłam kilka
dni w jego towarzystwie. Ta pani się myli. To wszystko nie ma sensu.
Ale z moich ust nie wydobyło się ani jedno słowo. Tylko siedziałam
i słuchałam. A ona cicho mówiła dalej.
- To była straszna historia. Wypadek samochodowy. Policja stwierdziła, że
matka chłopca straciła kontrolę nad kierownicą. Samochód zwalił się z St.
Lawrence Headland*** prosto do morza.
Patrzyłam na nią, niezdolna przyjąć to do wiadomości.
- Podobno ... - zawahała się znowu - podobno umarli od razu. Nie cierpieli.
Nagle zerwałam się na równe nogi.
- Muszę już iść!
Głos miałam schrypnięty i bolało mnie całe ciało, jak po ciężkim pobiciu.
Ona też wstała i ciepłą, suchą dłonią ujęła moją dłoń.
- Wiem, że to był dla ciebie szok. Ale czas jest najlepszym lekarzem. Jesteś
jeszcze taka młoda. To minie. Zapomnisz. Na pewno.
Zabrałam dłoń i wyszłam. Nawet nie podziękowałam, choć była dla mnie
taka miła. Chciałam zostać sama. Kiedy wyszłam na ulicę, poczułam na
plecach jej zatroskane spojrzenie.
To nie może być prawda, myślałam. To jakiś absurd. Ale jeśli to jednak
była prawda? Jeśli ta prawda leżała pod moim nosem, a ja byłam zbyt
uparta, żeby ją zobaczyć?
Żaden człowiek nie może spokojnie sobie odejść po upadku z takiej
wysokości. A poza tym ... Nie pozwolił, żebym spojrzała na jego rękę, kiedy
wbił w nią sobie szkoło. Przypomniałam sobie kelnerkę z kawiarenki. Patrzyła
 na mnie tak dziwnie. Myślała, ze jestem stuknięta. Że prowadzę rozmowę,
siedząc sama przy stoliku. A Justin, zanim skoczył, powiedział: "Muszę coś
sprawdzić, Rose".
   Wiedziałam, gdzie go szukać. Ale kiedy zbliżyłam się do wesołego miasteczka,
wszystko tam wyglądało inaczej. Wokół parkowało mnóstwo samochodów.
Wielki zielony kontener mieszkalny stał przy drodze, jeszcze rozłożony na części.
Zatrzymałam się, nie wiedząc, co robić. I właśnie wtedy usłyszałam cichy gwizd.
Spojrzałam w tamtą stronę. Gwizd dochodził zza starego parterowego
budyneczku za ogrodzeniem. Wśliznęłam się tam przez dziurę między
sztachetami. Zobaczyłam kamień i Justin'a, który na nim siedział.
Wyglądał, jakby czekał na mnie od tygodnia. Milczeliśmy. Patrzyłam na niego,
na jego twarz, szyję i dłonie. Wydawał mi się taki prawdziwy i cielesny w tych
trampkach, dżinsach i bluzie z kapturem. Po prostu jak każdy inny chłopak.
Na kolanie miał dziurę, przez którą widać było skrawek różowej skóry.
Przypomniało mi się, że kiedy dotykałam jego dłoni albo policzka, zawsze był
zimny. Zimny, ale rzeczywisty.
- No to już!
Kiedy się odezwał, aż podskoczyłam.
- Co już?
- Zadaj mi te pytania, które sobie szykowałaś przez całą drogę.
- Czy ... czy to prawda?
Wzruszył ramionami.
- Wszystko na to wskazuje, nie uważasz?
- Ale jesteś taki ... nieprzezroczysty.
Znowu patrzyliśmy na siebie. Przyszła mi do głowy wariacka myśl.
- Czy to jakiś głupi żart, Justin? jeśli tak, to ...
Z niesmakiem wywrócił oczami.
- Nie myśl, ze to dla mnie zabawne. - powiedział. - Ja sam nie wiedziałem o
tym aż do wczoraj. Zaczęło się od daty. Zobaczyłem kalendarz w kawiarence.
I wtedy różne dziwne rzeczy zaczęły mi się składać w jedną całość.
- A czy ludzie cię widzą?
- Nie. Tylko ty jedna.
- Dlaczego właśnie ja?
- Nie mam pojęcia. Proszę o następne pytanie.
- Co robisz w nocy? Śpisz?
Spojrzał w taki sposób, że wszystko we mnie oklapło.
- Jasne, że śpię. Jak zabity. Przecież wiesz, że sypiałem w wesołym miasteczku.
- A co z jedzeniem? Możesz jeść tak jak wszyscy?
Wzniósł oczy ku niebu, zniecierpliwiony.
- Chyba tak. Ale nie pamiętam, żebym kiedyś był głodny.
Nie od razu odważyłam się zadać mu następne pytanie.
- A możesz .... No wiesz ... robić sztuki?
Obrzucił mnie niechętnym spojrzeniem.
- Jakie sztuki?
- Nie wiem... Na przykład... przechodzić przez ściany?
Wstał.
- Sprawdźmy to - powiedział lodowato.
Ku mojemu przerażeniu popędził przed siebie i z całym impetem wyrżnął w ścianę
domu. Wrzasnęłam. Justin upadł, trzymając się za głowę. Ale na jego czole nie
było śladu po tym zderzeniu. I w okamgnieniu doszedł do siebie.
- Widzisz? Nie wygląda na to, żebym mógł - powiedział, łapiąc oddech.
Wiedziałam, że na tym powinnam poprzestać. Ale w zanadrzu miałam jeszcze
jedno pytanie. Najtrudniejsze. Ledwo je wykrztusiłam.
- Jak to jest?
- Być nieżywym?
Wzdrygnęłam się.
- To fraszka, drobiazg. A co myślałaś? - Wypluwał te słowa jedno po drugim, jak
twarde pestki. - Czujesz się tylko samotna. Tak samotna, jakbyś była jedyną osobą
na świecie. I jakbyś w środku miała zionącą pustkę. Jakby inni zrobili ci głupi
kawał i schowali się gdzieś, pękając ze śmiechu. Za chwilę ktoś zawoła "A kuku!"
i wszystko znowu będzie po staremu.
Oddychał ciężko, oparty o ścianę. Kiedy znowu otworzył usta, jego głos zabrzmiał
głucho:
- Tak to jest.
- Ale pamiętasz, jak to się stało? - spytałam.
Potrząsną głową. W jego oczach dostrzegłam lęk. Wzięłam głęboki oddech.
Wiedziałam, że zaboli go to, co powiem.
- Justin ... Znam fakty, o których powinieneś wiedzieć.
__________________________________________
*Adres został zmyślony.
**Wzór na tkaninie: przypadkowy układ elementów dający wrażenie wzoru.
***Nazwa mostu została zmyślona. (tak jak adres).

Od Autorki: Jak myślicie co chce powiedzieć mu Rose?
Przepraszam! Przepraszam! Przepraszam! Przeprasza x1000 ...
Że rozdział nie pojawił się ani w środę, ani w sobotę! :(
Zawaliłam na całego!
Dziękuję Wam za te wszystkie komentarze do poprzedniego rozdziału.
Za to, że wspieracie mnie.
Z dziadkiem jest trochę lepiej chociaż on chce już umrzeć.
Nie chce żadnego lekarza ni nic. :(
Rozdziały się nie pojawiły gdyż nie miałam głowy ich pisać!
Siedziałam z dziadkiem, pomagałam mu!
Chcę po prostu jak najwięcej czasu z nim spędzić!
A Was jeszcze raz przepraszam.
Zawiodłam Was tak samo jak i siebie. :(
Kolejny rozdział powinien pojawić się w środę - ( jeżeli
będą opóźnienia to z góry bardzo Przepraszam!)
Jeżeli to czytasz to z komentuj - bo dla ciebie to tylko chwila - a dla mnie znak,
że ktoś to czyta! <3
Czytasz=Komentujesz=Motywujesz <3
Jeżeli chcesz być informowany/na to pisz w komentarzy swojego tt , aska, lub fb <3










5 komentarzy:

  1. Super tylko się zawiodłam że jest nieżywy :< ale dawaj dalej <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajny rozdział , czekam na następny <3

    OdpowiedzUsuń
  3. <333333333333333333333333333

    OdpowiedzUsuń
  4. Cudowny <3 Szkoda, że jest nieżywy :c Zastanawiam się bardzo co będzie dalej i czekam z niecierpliwością na następny rozdział <3 Nie martw się myszko,że rozdziały nie są na czas ;* Ważne że sa ;* Każdy ma problemy, szkołe i brak czasu , więc się nie przejmuj. Kocham ♥

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie wiesz jak bardzo się popłakałam :( To jest naprawde cudowny Blog :')

    OdpowiedzUsuń

Szablon by Selly