sobota, 7 czerwca 2014

Rozdział XVIII

Kraty w oknach
Nazajutrz była sobota i mama nie wyszła do pracy. Mówiłam sobie, że to
dlatego nie idę do wesołego miasteczka. Ale to nie była cała prawda.
Miałam mieszane uczucia. Chciałam koniecznie zobaczyć się z Justin'em
i już kilka razy zaczynałam się zbierać do wyjścia. Coś mnie jednak
powstrzymało. Nie to, że Justin okazał się duchem, jakkolwiek dziwnie by
to brzmiało. Niepokoiła mnie raczej myśl, że Pattie zginęła, bo wiedziała
za duży.
Czy to możliwe, żeby została zamordowana? Przerażało mnie to, tym
bardziej że przypadkiem natknęliśmy się w wesołym miasteczku na
scenę okrutnej przemocy. Kiedy o tym myślałam, świat wydawał mi się
przeraźliwie obcy. Być może nic by mi nie groziło, gdybym zapomniała
o tej sprawie. Ale straciłabym przyjaźń Justina.
Czy byłam gotowa zapłacić tę cenę za swoje bezpieczeństwo? Moje
emocje zmieniały się jak w kalejdoskopie. Wałęsałam się bez celu po
całym domu, póki mama nie wyciągnęła mnie do miasta.
Właściwie nie rozmawiałyśmy ze sobą od tamtego wieczoru, kiedy mnie
uderzyłam. Szłyśmy więc obok siebie, milcząc, tylko mama od czasu do
czasu rzuciła na mnie niespokojne spojrzenia.
- Nawet nie wiesz, jak tęsknię za naszym starym samochodem -
powiedziała w końcu za śmiechem, który zabrzmiał trochę fałszywie.
Pozwoliła ojcu zatrzymać ten samochód, bo musiał jeździć po
kraju z koncertami.
Nie odpowiedziałam.
- Powinnam zrobić świąteczne zakupy - dodała. - Co byś chciała
dostać na Gwiazdkę w tym roku?
Tak, starała się być dla mnie dobra.
- Cały czas marzę o iPodzie - wycedziłam przez zęby.
- Obawiam się, że na iPoda w tym roku nie wystarczy mi pieniędzy, Rose.
    - powiedziała mama. - Masz może jakieś inne marzenie?
- Tak. Chciałabym dostać z powrotem moje dawne życie.
Potem przez dłuższy czas słyszałam już tylko stukanie obcasów mamy
na śliskim bruku i zwykłe krzyki mew, które w tym miasteczku
towarzyszą ludziom od rana do nocy, nie milknąc ani na chwilę.
Mama miała odebrać coś z pralni chemicznej na obrzeżach miasteczka,
więc szłam z nią w kierunku, w którym nigdy dotąd nie chodziłam.
Oddalałyśmy się od przystani i wesołego miasteczka. Kiedy znowu otworzyła
usta, żeby coś powiedzieć, akurat zadzwonił jej telefon. Miałam
rażenie, że w ciągu ostatnich dni jej telefon dzwonił bardzo często. Czułam
przez skórę, że to musi być ten cały Will. Przystanęła i rozmawiała z nim
odwrócona ode mnie, a ja patrzyłam w przeciwną stronę, bo wcale nie
pragnęłam słuchać, jak bezwstydnie flirtuje.
I właśnie wtedy zauważyłam ten szyld.
Dzianiny TMS. Dobra jakość w przystępnej cenie.
Przez chwilę patrzyłam na niego bezmyślnie. I dopiero potem coś mi
"kliknęło" w głowie. To był ten sam napis, który widziałam na ulotce,
znalezionej w wesołym miasteczku, w budce, w której Pattie sprzedawała
bilety. Miejsce nie wyglądało zbyt zachęcająco. Okna miały okiennice
zamknięte na głucho,a drzwi były z pancernej blachy, która wytrzymałaby
natarcie czołgów.
Zaciekawiona, oddaliłam się na chwilę od mamy i zajrzałam na podwórze.
Z tamtej strony budynku zobaczyłam malutkie, brudne okienko, umieszczone
na tyle wysoko, że nie mogłam w nie zajrzeć. Rozejrzałam się i weszłam
na stos cegieł pod rozwalonym płotem, żeby zorientować się, co jest
w środku.
Zobaczyłam rzędy maszyn do szycia, przy których pracowały kobiety
i dziewczęta. Wiele z nich miało egzotyczne rysy, a niektóre były
niewiele starsze ode mnie. Pod tylną ścianą stał potężnie zbudowany
mężczyzna i rozmawiał przez telefon. Kiedy się odwrócił, z wrażenia
omal nie spadałam na ziemię. To był ten sam facet z byczym karkiem,
którego widziałam przy wyjściu z ratusza, ten sam, który w
wesołym miasteczku był i kopał leżącego człowieka. Odsunęłam się
ostrożnie i zobaczyłam, że mówi coś do jednej ze szwaczek,
dziewczyny mniej więcej szesnastoletniej. Skuliła się, jakby się bała, że
on ją uderzy.
Ogarnęła mnie wściekłość.
- Gdzie jesteś, Rose?
Poślizgnęłam się i upadłam, tłukąc sobie kolano.
Mama przyglądałam mi się z niepokojem.
- Co ty właściwie robisz? Po co się gapisz w to okno?
Usłyszałam zgrzyt klamki u tylnych drzwi i szybko chwyciłam mamę za łokieć.
- Z ciekawości - odpowiedziałam pośpiesznie. - Chodźmy stąd. Chcę do domu.
Mama się trochę opierała, ale odciągnęłam ją szybko, zbyt wystraszona,
żeby obejrzeć się za siebie i sprawdzić, czy ktoś na nas patrzy.
Wydziwiała nade mną przez całą drogę powrotną. Ale ja tego nie słuchałam.
Wyłączyłam się i próbowałam pozbierać myśli.
Dlaczego Pattie przechowywała tą ulotkę? Czy ta sprawa miała coś wspólnego
z ich śmiercią?
Od tych myśli rozbolała mnie głowa.
Miałam nadzieję, że kiedy pójdę do Abbie, uda mi się o tym wszystkim
zapomnieć.
W domu mama dowiedziała się, że jestem zaproszona do dziewczyny z
sąsiedztwa. Była uszczęśliwiona.
Odgarnęła mi włosy z czoła z czułością w oczach, i przez chwilę się obawiałam,
że zaraz się rozpłaczę ze wzruszenia.
- Nic ci nie jest, Rose?
Zerwałam się z krzesła.
- Nic, wszystko w porządku. Muszę iść się przeprać.
Włożyłam swój ulubiony T-shirt, wtarłam w wargi trochę błyszczyku i nałożyłam
na rzęsy odrobinę tuszu. Nie miałam ochoty specjalnie się stroić, ale
zauważyłam, że Abbie wyglądała dość stylowo. Nie chciałam, żeby
towarzystwo ze Stratford patrzyło na mnie z góry.
W lustrze miałam niewyraźną minę. Wzięłam kilka głębokim oddechów.
Byłam wytrącona z równowagi. Wydawało mi się, że już zapomniałam, jak być
normalną dziewczyną, która nie wierzy w duchy i okrutne sceny widuje tylko
w telewizji.
Muszę wziąć się w garść, pomyślałam.
Około siódmej powiedziałam mamie "cześć"! i zawiązałam na szyi szalik.
Mama upierała się, że powinnam wziąć latarkę bo niektóre latarnie przy
naszej ulicy były zepsute. Stała w progu, patrząc w ślad za mną, póki nie
zniknęłam jej z oczu. Ostrzegałam ją, że jeśli uprze się, żeby mnie
odprowadzić, to zniszczy moją jedną, jedyną znajomość. To ją powstrzymało.
Kidy byłam przy domu Abbie, podniosłam wzrok i spojrzałam na najwyższe
okno. Wiedziałam, że świetlik jest w jej pokoju, bo mówiła, że ma pokój
taki sam jak mój. okno było otwarte. Wydobywały się z niego strzępy muzyki,
"frunęły" nad ulicą jak kolorowe wstążki, i słychać było wesoły śmiech.
Światło we wnętrzu miało ciepły, kojący pomarańczowy odcień. To było
najmilsze, najbezpieczniejsze miejsce, jakie tylko mogłam sobie wyobrazić.
Ale wtedy przypomniał mi się Justin ... jego delikatny różowy kark... Nie
wiem dlaczego, nagle tak bardzo zapragnęłam go zobaczyć, że nogi same
poniosły mnie w tamtą stronę. Może ma kłopoty? Czyż mogłam zostawić
go samego?
Z biciem serca spojrzałam jeszcze raz w to okno.
- Wybacz, Abbie - szepnęłam i puściłam się pędem przed siebie.

Od Autorki: Przepraszam... że tak długo mnie nie było!.
Nie wiem czy chcecie czytać moich wytłumaczeń.... :/ ?Ale ....
Nie pisałam gdyż byłam na trzy dniowej wycieczce nad morzem...
... poprawiałam się z wielu przedmiotów więc zbytnio czasu nie miałam ...
... mój dziadek nadal leży w szpitalu gdyż ma wrzody żołądka. ... :/
(nie wiem czy długo jeszcze z nami będzie :/ )
Następny rozdział pojawi się w środę. <33
- Spróbuję tym razem Was nie zawieść!
- Proszę! - Kto czyta tego bloga niech z komentuje! - chcę wiedzieć ile 
was jest!. <3

Czytasz=Komentujesz=Motywujesz! <33

12 komentarzy:

  1. Super :-)
    Czekam na next :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobry rozdział :) czekam na nastęspny :3

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak zawsze mega

    OdpowiedzUsuń
  4. Czytam każdy rozdział myszko ♥

    OdpowiedzUsuń
  5. Cudowny rozdział ♕

    OdpowiedzUsuń
  6. Jesteś mega! :-)

    OdpowiedzUsuń
  7. Zaczęłam dzisiaj rano czytać i nie mogłam się oderwać.
    genialne.
    @AyeAyeeJustin

    OdpowiedzUsuń
  8. super! przeczytałam wszystko na raz... blog jest świetny taki... inny ale no... po prostu Z A J E B I S T Y <3 :*
    tt: @Karolincia246

    OdpowiedzUsuń
  9. czytam bardzo mi się podoba <3 /@purpleblonde1

    OdpowiedzUsuń

Szablon by Selly