sobota, 22 marca 2014

Rozdział V cz. 2

Gwiazdka
Ton, jakim to powiedziała, zrobił na mnie wrażenie.
- Hmmm... - mruknęłam. - Jaki ma okropny garnitur.
   Mama ściągnęła brwi.
- To piękny garnitur i na pewno bardzo drogi, Rose. Moim zdaniem 
on ma świetny gust.
  Pomyślałam o ciuchach ojca. Ojciec lubił podkoszulki z napisami , 
czarne dżinsy i czerwone trampki Converse'y. Był, szatynem miał
miękkie, kręcone włosy i łagodne spojrzenie. Tak, czy inaczej ojciec
potrafi się ubrać. Nawet na pogrzeb nie włożyłby takiego okropnego
garnituru. 
- Ojciec nie włożyłby tego garnituru nawet na pogrzeb - odezwałam się.
- Masz rację, Rose - westchnęła mama. - Ojciec by go nie włożył. 
   Zjadłyśmy lunch w restauracji domu towarowego. Święta "atakowały" ze
wszystkich stron, tak że ledwie mogłam się skupić na tym, co miałam na 
talerzu, to znaczy na frytkach z zapiekanym serem i fasolą. Na deser 
wzięłam pączka z dżemem i gorącą czekoladę z podwójną porcją bitej 
śmietany. Usiadłyśmy przy oknie z widokiem na główną ulicę. I na ulicy 
naraz zauważyłam coś takiego, że aż się poderwałam, omal nie 
przewracając filiżanki. 
- Ostrożnie! - zawołała mama. - Co tam wypatrzyłaś?
  Byłam pewna, że przez chwilę  widziałam Justina.  Rozpoznałam jego 
samotną, szczupłą sylwetkę w falującym tłumie. Szukałam go wzrokiem,
ale już zniknął.
- Nic ciekawego - odpowiedziałam, siadając znowu. Sięgnęłam po 
serwetkę i wytarłam parę kropel rozlanej czekolady. - Szedł ktoś
kogo znam. 
  Mama rozpromieniła się.
- Jak dobrze, że znasz już kogoś! Co to za dziewczynka?
- To chłopak - powiedziałam i uśmiech znikną z ust mamy. - I nie bardzo
się z nim koleguję. Jest trochę szalony. Poznałam go przypadkiem. 
Prawdę  mówiąc, łaził za mną.
   Nie wiem, czemu tak powiedziałam. Nie mogłam mu nic zarzucić. 
Oprócz tego, że był trochę dziwny.
- Łaził za tobą? No, tak ... I kręcił się w pobliżu? A ty omal nie 
wyskoczyłaś przez okno, kiedy go zobaczyłaś?
  Pokręciłam głową.
- Mamo, to nie jest tak, jak ci się wydaje - powiedziałam, ale ona się
tylko uśmiechnęła.
   Wiedziałam, że tego nigdy by nie zrozumiała. Ja sama przecież nie 
byłam całkiem pewna, czy to rozumiem. Nigdy nie znałam nikogo 
podobnego do Justina. Pomyślałam, że moi londyńscy koledzy bardziej
od niego przejmują się tym, co kto o nich pomyśli. Jakby przez
 całe życie brali udział w przedstawieniu. Traktujemy się nawzajem 
trochę tak, jak byśmy zawsze stali przed publicznością. A raczej tak
się traktowaliśmy - kiedy jeszcze miałam kolegów. 
On w ogóle na to nie zważał. Jakby miał własny świat i był jego
jedynym mieszkańcem. Włóczył się między opuszczonymi karuzelami
wesołego miasteczka i nie rozmawiał z nikim, jeśli nie miał ochoty.
Wątpiłam, czy w ogóle chodził do szkoły ... .
No i dobrze. Już się o nim dowiedziałam, miałam to z głowy.
Była jeszcze inna myśl, którą odpychałam w najciemniejsze
zakamarki pamięci. 
4 stycznia. Dzień próby.
Miałam wtedy po raz pierwszy iść do nowej szkoły, ubrana w fioletowy
mundurek, z którym nie sposób było nic zrobić, żeby dobrze wyglądał.
Do szkoły Davida Stafforda. Kiedy sobie o tym przypomniałam żołądek
mi się skręcał w lodowatą ósemkę i zaczynałam sobie wyobrażać 
okropne sceny.
Jak wchodzę do nowej klasy, w której pewnie wszyscy się znają od 
przedszkola, i jak każdy z obecnych kieruje wzrok na mnie. 
Jak stoję sama podczas przerwy, a inne dziewczyny rozmawiają, 
śmieją się i pokazują sobie palcami mnie, stojącą na drugim końcu
dziedzińca. 
Jak nocą płaczę w łóżku, skazana na samotność, na zawsze wykluczona.
- Rose! Czy ty w ogóle słuchasz?
- Co? Co?
  Brwi mamy podjechały już prawie do nasady włosów.
- Mówię do ciebie, Rose! Chociaż naprawdę nie wiem po co.
   Po czym nastąpiło jedno z jej Ciężkich Westchnień.  Brzmiały jak 
dziurawy akordeon.
Już chciałam powiedzieć, że ja też nie wiem po co, ale ugryzłam się w język.
- To może już chodźmy - odezwałam się słabym głosem. 
  Włożyłam polar i szalik, ale myślami byłam dalej w nowej szkole. Jeśli
Justin w ogóle chodzi do szkoły, to na pewno właśnie do tej. Bo to miasteczko 
jest naprawdę bardzo małe. Dobrze, że znam chociaż jego, mniejsza o to, że 
pewnie jest o klasę wyżej. Lepszy Justin niż nikt. A poza tym znalazłam jego
klucze. Chociaż odpłacił mi za to niewdzięcznością i był w ogóle dziwny.
Zła sytuacja zmusza nas do obniżenia wymagań i być może nawet więcej, jeśli 
będzie dalej tak samo gburowaty jak dotąd - był przecież w Stanford jedyną
osobą (jeśli nie liczyć stuletniej pani Swift), która w ogóle się do mnie 
odezwała. 
 Uznałam, że powinien dostać jeszcze jedną szansę.

Od Autorki: Dziękuję, że czytacie mojego bloga. !
Rozdział nie wyszedł mi zbytnio. ! Mało w nim się dzieje ale w
następnym będzie więcej akcji, wrażeń, emocji.
Następny rozdział powinien pojawić się w środę.!
Czytasz = Komentujesz. !
Jeśli macie jakieś uwagi związane z tym rozdziałem, bądź z wyglądem
bloga to piszcie. Chętnie się do nich zastosuje. !
Chyba wszystko. ! Tak więc do zobaczenia! Pozdrawiam <33



6 komentarzy:

  1. co Ty gadasz jest świetny! Dopiero dziś zaczęłam czytać ale już wszystko nadrobiłam i nie mogę doczekać się środy! ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny:)
    Zapraszam też do mnie
    my-life-my-world-my-dream.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetny rozdział *-* czekam na dalszy ciąg akcji...nie mg się doczekać kiedy bd Justin ^-^ <3 CZEKAM :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetny rozdział:)
    W wolnej chwili zapraszam do mnie http://carmen-16-danger-story.blogspot.com/2014/03/rozdzia-2.html?m=1

    OdpowiedzUsuń
  5. Świetny rozdział ;)

    OdpowiedzUsuń

Szablon by Selly