niedziela, 30 marca 2014

Rozdział VI cz. 2

T nel str achu
Parę minut później wrzeszczałam i śmiałam się na autodromie w elektrycznym
samochodziku, na który raz po raz wpadał samochodzik Justina. Chyba
wydawało mu się, że jest Lewisem Hamiltonem albo inną sławą wyścigów
samochodowych, i wcale mu nie przeszkadzało, że spod odpadających
płatów farby wyłazi rdza, a autka wyglądają, jakby się miały zaraz rozlecieć.
Po krótkim czasie zabrakło prądu i oboje wyleźliśmy z nich, uśmiechnięci od
ucha do ucha. 
Wydawało się, że dopiero teraz ktoś mu podłączył energię. Zaczęłam się 
zastanawiać, dlaczego przedtem się nie uśmiechał. Wyglądał ... ładnie. 
Więcej niż ładnie. Zawstydziłam się, nie chciałam tak ciągle na niego patrzeć. 
- A skąd masz klucze? - spytałam.
  Justin nie odpowiedział od razu. Już zaczęłam się zastanawiać, czy moje
pytanie było nie na miejscu. 
- Moja mama tu pracuje ... pracowała - powiedział w końcu i znowu odwrócił 
wzrok. - Zazwyczaj siedziała w budce z biletami, tam przy wejściu. Przedtem
pracowała w różnych innych miejscach, ale ta praca w wesołym miasteczku
była najlepsza. Mama mi pokazała, jak się włącza te wszystkie urządzenia. 
- Pewnie kiedyś tu było pięknie - powiedziałam - A ty mogłeś wszędzie wejść 
za darmo.
- Tak - powiedział Justin i uśmiechnął się znowu. - Chodź. Coś ci pokażę.
  Zaprowadził mnie do zakurzonej szklanej gablotki. Wewnątrz znajdowała się 
głowa i ramiona manekina w stroju policjanta. Namalowane na policzkach 
czerwone rumieńce teraz już były trochę starte, a w oczach czaiło się coś 
niesamowitego. Wyglądało to naprawdę jak kukła z horroru, jedna z tych,
które potrafią ożyć i zaatakować ludzi, by zagryźć ich na śmierć.
 Zadrżałam.
- Co to jest?
- Śmiejący się policjant - powiedział Justin i uderzył w wierzch gablotki. 
Usłyszeliśmy metaliczny ton, a lalka zaczęła się trząść, poruszając szczęką w 
górę i w dół.
- Hahahhahahhahahha! Hohohoohohoohoho! Hahahahahhahaha! Ho, ho, ho!
 Śmiała się coraz bardziej przeciągle, aż w końcu ucichła.
- Straszny, prawda? Kiedy byłem mały, bałem się go okropnie. Chodź, pokaże 
ci jeszcze coś.
  Zaprowadził mnie do tunelu strachu, tego ze szczerbatym napisem. Płachty
czarnego plastiku lekko powiewały na wietrze. Justin zaczął majstrować przy 
skrzynce rozdzielczej. Usłyszałam przerażający łomot i z wnętrza wyjechał
skład wagoników.
- Wsiadaj - powiedział, podchodząc do najbliższego.
- Co? Mam wsiąść do tego wraka? - spytałam , cofając się.
  Justin spojrzał na mnie z udanym oburzeniem. 
- Trzeba ci wiedzieć, że urządzenia z tego tunelu strachu zostały
wyprodukowane w 1960 roku. Wtedy było ostatnim krzykiem techniki.
Mama mi mówiła. Urwał i po chwili dorzucił:
- Nie wiedziałem, że z ciebie taki tchórz.
- To nie tchórzostwo - skłamałam, rumieniąc się. - Nie mam zaufania do tej 
maszynerii.
- A twoim zdaniem, co złego może się stać? - wykłócał się ze mną Justin. -
Wcale nie mówiłem, że to jest najlepsze wesołe miasteczko na świecie, jeśli o
to ci chodzi. Chyba nie boisz się paru plastikowych kościotrupów!
  Wlazłam do wagonika i złapałam się uchwytu.
- No, dobra. Puść to w ruch. 
  Justin włączył jakieś przyciski i wagonik ruszył przed siebie.
- Wuahaha! - zaryczał demonicznie, jak postać ze starego horroru. - Przygotuj
się na najgorsze koszmary! Efekty dźwiękowe już nie działają, tak jak powinny 
- dodał normalnym głosem. - Ale możesz wrzeszczeć, jeśli tylko masz ochotę.
  Uśmiechną się pod nosem.
- Słyszałaś chyba, co mówią o tym wesołym miasteczku?
- A co mówią? - spytałam, zaniepokojona.
- Że jest nawiedzone - powiedział, pokazując w uśmiechu wszystkie zęby. - Tu
się słyszy dziwne głosy i hałasy, chociaż nie ma nikogo.
- Tak, Justin, na pewno masz rację - powiedziałam. - Ale na co jeszcze czekamy?
  Wagonik potoczył się po szynach i wjechałam do tunelu przez zakurzone
strzępy czarnego plastiku. 
  Wewnątrz panował półmrok. Ściany były obite ciemną tkaniną, w którą
wczepiły się plastikowe nietoperze. Atrapa potwora Frankensteina, opleciona
pajęczynami, podniosła się na moje powitanie z fotela.
  Wszystko to było przerażające nie bardziej niż koszyk z kociętami. 
  Wjazd do następnego pomieszczenia był w kształcie maski, jaką zakłada się
na Halloween. Wagoniki wjechały przez otwartą paszczę. Zobaczyłam
mnóstwo trumien opartych o ściany, a na suficie ogromną pajęczynę, która
raczej nie wyglądała na atrapę.
  Wampir w plastikowej pelerynie wyskoczył prosto na mnie. Miał już tylko
jedną rękę, a minę taką, jakby gnębiły go wzdęcia. Wagoniki potoczyły się dalej
i kiedy mijały jeden szczególnie ciemny kąt, potrącił kilka żałosnych
kościotrupów zwisających u sufitu. Żaden z nich nie miał czaszki. Z dziury w
ścianie upadł na podłogę gumowy topór. Domyśliłam się, że powinien  był
zatrzymać się nad moją głową, bo zauważyłam połamane druty sterczące u
trzonka. Ale zawisł tuż nad podłogą, drgając z lekka. Nie mogłam już
opanować chichotu. 
- Och, Justin, jak strasznie się boję!- zawołałam. 
  Wagonik zakręcił przy narożniku i wtoczył się do kolejnego pomieszczenia ,
ale nie dane mi było się po nim rozejrzeć. Bo w tej samej chwili pojazd zatrząsł
się, staną ze szczękiem blachy i wszystkie światła zgasły.
Od Autorki : Jak myślicie co będzie dalej. ?
Przepraszam , że rozdział taki krótki. !
Trochę mi nie wyszedł :(
Następny rozdział pojawi się w środę :)
\Przepraszam, że rozdział nie pojawił się w sobotę ... gdyż byłam na urodzinach,
a rano miałam trzy godzinne spotkanie wolontariuszy :( Przepraszam ! :(
Czytasz=Komentujesz
Dziękuje za wspaniałe komentarze pod  poprzednim
rozdziałem ! :) 









7 komentarzy:

Szablon by Selly