czwartek, 17 kwietnia 2014

Rozdział XI

Budka biletera
Wejście do budki było w jej tylnej ścianie. Justin popchnął mocno te drzwi. Ani 
drgnęły. Wyciągnął z kieszenie pęk kluczy i wybrał z nich ten właściwy.
Weszliśmy do środka oboje. 
Ledwo się zmieściliśmy. 
Była tam półka i obrotowy stołek. Wszystkie powierzchnie pokrywała
warstewka kurzu, a długonogie pająki biegały po ścianach obłażących z farby.
Okienko miało zbitą szybkę, pęknięcia tworzyły delikatny rysunek , rozchodząc
się na wszystkie strony. W powietrzy unosił się ciężki, nieprzyjemny zapach.
Mój wzrok podążył za powonieniem  i natrafił na stary pojemniczek z jogurtem.
Sterczała z niego łyżeczka, zatopiona w ciemnozielonej puszystej pleśni.
Obróciłam się i odjęło mi mowę.
Justin uśmiechnął się szeroko.
- I co? Nie są dobre? - odezwał się z nieukrywaną dumą.
Spojrzałam z bliska. Wewnętrzna strona drzwi była całkowicie zaklejona
zdjęciami. Wiele z nich zrobiono w wesołym miasteczku. Były tam zbliżenia
drewnianych koni z karuzeli, maszynek do waty cukrowej, ujęcia
elektronicznych samochodzików w ruchu, zostawiających za sobą barwne
smugi. Od kolorów i świateł mogło się zakręcić w głowie.
Były też ludzkie twarze. W oczach strach, emocje, niecierpliwość. Tu kolejka
przed autodromem, tam staruszka bez przedniego zęba uśmiechała się
promiennie prosto do obiektywu, trzymając w ramionach pluszowego misia.
Na niektórych, zwłaszcza wśród tych przyklejonych na dole, były ujęcia
niezwykłe. Jedno ze zdjęć przedstawiało gabinet luster i było na nim widać
postać kobiety z aparatem fotograficznym. Stała prosto, była drobnej postury,
zgrabna. Poniżej kilka ciemnych zdjęć, zrobionych chyba w tunelu strachu.
A po bokach fotografie plaży i morza, nastrojowe jak olejne pejzaże.
- Piękne.
- Pattie była w tym świetna. Potrafiła chodzić z aparatem fotograficznym od
rana do wieczora. Marzyła o tym, że pewnego dnia będzie miała wielką
wystawę ... Zapadła cisza i doznałam dziwnego wrażenia że Justin zniknął.
Że nie ma go już obok mnie.
- Czy to twoja mama?
W górnym rogu zobaczyłam parę zdjęć przedstawiających budkę biletera.
Siedziała w niej kobieta w czerwonej wełnianej czapeczce na ciemnych
włosach. Miała czekoladowe oczy, jak Justin. Do jej policzka przytulał się
chłopiec. To był mały Justin, uśmiechnięty i szczerbaty, bo właśnie tracił
mleczne zęby.
- Była bardzo ładna - powiedziałam cicho.
- Tak - przyznał z westchnieniem. - Wszyscy to mówili. I była wesoła. Ale
trochę zwariowana. Na ogół w pozytywnym sensie. Potrafiła na przykład
obudzić się rano i ogłosić, że damy sobie dziś spokój ze szkołą. Bo akurat
miała ochotę zabrać mnie na wycieczkę. Nigdy mnie do niczego nie zmuszała,
jak to się zdarza innym matkom. Ale czasami robiła się smutna i piła za dużo
wina, a potem leżała w łóżku przez cały następny dzień. Tak, taka była zanim
to wszystko się stało.
- Powiedziałeś: Pattie ... - zaczęłam. Justin wzruszył ramionami.
- Ona mówiła, że kiedy nazywam ją mamą, czuje się staro. Kidy się urodziłem
miała dziewiętnaście lat Była dla mnie jak starsza siostra. Troszczyliśmy się o
siebie nawzajem. Mówiła, że musimy we dwójkę poradzić sobie z całym światem.
No i proszę, Justin kto by pomyślał. Może dlatego go tak polubiłam?
-Może z Pattie stało się coś  naprawdę złego ... - powiedział ze smutkiem
w oczach.
Przez chwilę siedział pogrążony w myślach, bardzo samotny.
Ale potem się otrząsną.
- Ruszmy się, bo zimno jak jasny gwint. Przeszukajmy to miejsce. Ty zacznij z
tej strony a ja z tamtej.
Oboje zaczęliśmy obmacywać półkę biegnącą dookoła pomieszczenia poniżej
kontuaru. Nie znalazłam nic oprócz kurzu i zdechłych much, które z
obrzydzeniem strzepywałam z rąk na podłogę. Przeszukałam swój kawałek i
spojrzałam na Justina. On też nic nie znalazł. Ale zauważyłam szparę pod
staromodną kasą. Była za wąska, żeby do niej wcisnąć palce, ale kiedy się
pochyliłam, zauważyłam, że tkwi w niej skrawek papieru. Rozejrzałam się
i na parapecie znalazłam stary nóż w towarzystwie kilku pinezek i drobnych
monet. Delikatnie wsunęłam go w szparę i spróbowałam wyciągnąć papier.
Niestety, wepchnęłam go jeszcze głębiej.  Zaklęłam pod nosem. Potem udało
mi się przesunąć go ku przodowi. Justin wyciągną to i obejrzał.
 Był to cały plik papierków. Rachunek, rachunek, monit z biblioteki , rachunek ...
- O, popatrz! Co to jest?
Pokazał mi kartkę wydartą z notatnika.
Pochyłe odręczne pismo, niebieski atrament: "Domy przy Manley Road 
przeznaczone do rozbiórki."
Pod spodem znajdowały się listy numerów. Wiele z nich było podkreślonych,
przy niektórych znajdowały się adnotacje: Dover, Folkestone albo Harwich.
Spojrzeliśmy po sobie. Potem przyjrzałam się innej karteczce, czarno-białej
ulotce z napisem: Dzianiny TMS. Doskonała jakość po przystępnej cenie.
Poniżej adres.
Na samym dole trzy słowa dopisane ręcznym pismem i podkreślone:
"Zadzwonić do Drozda?".
Justin przesunął po nich dłonią.
- To jej pismo - powiedział.
Już otwierałam usta, żeby coś powiedzieć ale złapał mnie za ramię i położył mi
palce na wargach. Zobaczyłam jego rozszerzone źrenice.
Chwilę później usłyszałam to samo co on. Męskie głosy. Były coraz bliżej.
Justin położył mi dłoń na czubku głowy i wepchnął mnie pod kontuar.
Ukucnęliśmy pod nim oboje przyciśnięci jedno do drugiego w ciasnej
przestrzeni. Z początku nie mogłam zebrać myśli, zdziwiona , że tak przyjemnie
jest się do niego przytulać, ale potem strach wziął górę.
Mężczyźni znaleźli się całkiem blisko. Jeden z nich mówił nie całkiem
zrozumiale, z obcym akcentem ale jedno słowo: "Lex" powtarzało się raz po
raz. Bardzo powoli i ostrożnie podniosłam głowę na tyle, że mogłam wyjrzeć,
i zobaczyłam dwóch potężnie zbudowanych facetów w kominiarkach
naciągniętych na oczy. Jeden z nich okazał się tym samym typem, którego
widziałam już dwa razy, przy wyjściu z ratusza i na budowie przystani. A potem
zauważyłam, że coś dużego leży u ich stóp. Był to czarnowłosy mężczyzna
zwinięty w kłębek. Justin ściągnął mnie w dół i delikatnie objął ramieniem. Tak
było lepiej, bo następny dźwięk, jaki usłyszeliśmy, był niedającym się pomylić z
niczym innym jak skowytem bólu. Domyślałam się, że ten leżący mężczyzna jest
kopany. Łzy mimowolnie cisnęły mi się do oczu. Drżałam na całym ciele, a
Justin wzdrygał się na każdy kolejny odgłos uderzenia. To było straszne,
naprawdę straszne. I w końcu znowu usłyszeliśmy czyjś głos. Odezwał się chyba
ten facet z byczym karkiem, teraz zadyszany. Odsunęłam opiekuńcze ramię Justina
i wychyliłam się znowu. Twarz skopanego człowieka była zalana krwią. Ledwie stał na nogach,
trzymali go pod ramiona. Z daleka wyglądał mi na Hindusa albo Pakistańczyka.
Oczy miał szeroko otwarte, nieprzytomne. Ale żył.
Justin i tym razem ściągnął mnie w dół, bardziej energicznie niż przedtem. W
oczach miał gniew ale i strach.
Głosy zaczęły się oddalać. A po chwili usłyszeliśmy jak szczęknął kołowrót.
Justin podniósł się, żeby wyjrzeć znad parapetu.
-Droga wolna. - powiedział zdławionym głosem.
Nie mogliśmy wytrzymać ani chwili dłużej w tej ciasnej budce. Jedno przez drugie
rzucaliśmy się do wyjścia, potrącając się łokciami.
Kiedy wydawało mi się, że nigdy się nie nasycę świeżym powietrzem, poczułam
na karku nieśmiałe dotknięcie.
- Nic ci nie jest? - spytał Justin łagodnie. Potrząsnęłam głową, choć z trudem
panowałam nad mdłościami.
Nie mogłam uwierzyć w to, co przed chwilą widziałam i słyszałam. Całe życie
przeżyłam w wielkim mieście, ale jedynym przestępstwem, z jakim się spotkałam,
było włamanie do samochodu mamy. A kiedy tylko przeprowadziłam się do tego
miasteczka, zaczęły spadać na mnie jedna po drugiej sprawy takie, jak zagubiona
matka albo pobicie na terenie opuszczonego wesołego miasteczka.
- Jak myślisz, kim byli ci ludzie? - spytałam, kiedy już odzyskałam głos.
- Ni wiem - powiedział Justin. On także wydawał się kompletnie zdezorientowany.
I jeszcze bledszy niż zwykle. - Nigdy ich nie widziałem.
- Myślisz, że twoja mama ... - zaczęłam, ale Justin wszedł mi w słowo.
- Pattie nie zadawała się z takimi typami. Tutaj każdy chętnie posądza imigrantów
o co się tylko da, ale najgorsi ludzie są wśród tych, co tu mieszkają od pokoleń.
Chciałam się odezwać, ale nie dał sobie przerwać.
- Ona nie byłaby taka głupia. A ty zachowujesz się tak samo jak policja.
Traktował ją jak przestępczynię, tylko dlatego, że pracowała w wesołym
miasteczku i miała trochę śródziemnomorską urodę. Od razu pomyślałaś, że nie
była uczciwą kobietą.
- Nawet mi to przez myśl nie przeszło.! - znowu miałam oczy pełne łez. Otarłam je
wierzchem dłoni.
- Ale innym przeszło. W tym mieście wszyscy tak myślą.
Staliśmy naprzeciwko siebie, nieszczęśliwi, i milczeliśmy.
- Powinniśmy iść na policję i opowiedzieć im o tym, cośmy widzieli - odezwałam
się w końcu.
- Jak sobie to wyobrażasz, Rose? Nie wiemy, kto ty był. I przecież nawet nie
mieliśmy prawa przebywać na tym terenie.
Nie musiał mnie długo przekonywać.
Ale nagle coś zauważyłam.
- Justin! Twoja ręka!
Spojrzał na nią. Spory odłamek szkła utkwił w wewnętrznej części jego dłoni.
Widocznie Justin nadział się na niego tam, w budce. Podeszłam , żeby zająć się
raną, ale on odwrócił się do mnie tyłem.
- Justin, pozwól mi coś z tym zrobić!
- Zostaw mnie, sam sobie poradzę - powiedział.
Miałam wrażenie, że był w panice. - To nic takiego. Lepiej wracaj do domu. Mama
się będzie o ciebie niepokoić.
Odwrócony do mnie plecami, wyciągnął sobie z ręki szkło.
- To na pewno wymaga szycia - zawołałam.
- Nic mi nie będzie! - oświadczył. - Daj mi spokój.
Nagle zapragnęłam być w domu, z dala od tego okropnego miejsca i od Justina,
który zamiast przyjąć pomoc, unosił się idiotyczną dumą. Chciałam odejść.
- Hej! - zawołał za mną.
- Czego chcesz? - spytałam sucho.
- Przyjdziesz jeszcze?
Dostrzegłam w jego oczach tyle napięcia, że zawahałam się. Ale byłam wściekła
i sama nie mogłam się pozbierać. Miałam zamiar nigdy tu nie wracać.
- Nie wiem Justin - odpowiedziałam. - Być może.
Odwrócił wzrok i już poczułam się nie w porządku.
Jego głos także zabrzmiał sucho.
- No, dobra. To cześć.
- Cześć - odpowiedziałam. - Do następnego spotkania.

Od Autorki:      Dlaczego Justin nie chciał pomocy Rose?
                          Czy Rose przyjdzie jeszcze do starego wesołego miasteczka?
                                     Czy przebaczy Justinowi ten nagły wybuch emocji?
                                                               Zobaczymy :))
Na początek chciałabym was przeprosić za to że rozdział nie pojawił się na
czas. Tak, wiem cały czas się wam tłumaczę więc teraz nie chcę zabierać
wszego czasy powiem po prostu tyle że: byłam od niedzieli i nadal jestem chora.
Mam gorączkę 38.8. Byłam z tym u pani doktor i okazało się, że mam zapalenie
gardła i migdałków. I jestem na antybiotykach. Wiec to tyle , albo aż tyle. :/
Następny rozdział powinien pojawić się w tygodniu tuż po świętach.
Spróbuję aby był tak samo długi jak ten :))
Dziękuję za te wszystkie wspaniałe komentarze pod poprzednim rozdziałem.
One na prawdę motywuję a w szczególności teraz podczas gdy jestem chora. :)
Proszę wszystkich tych którzy czytają o komentowanie. Może być nawet "." .
Ale ważne aby była ponieważ będę wiedziała ile osób to czyta i dla kogo
mam dalej pisać. :)
Chyba wszystko napisałam to co chciałam. ! Tak więc! Do zobaczenia. :))
Czytasz = Komentujesz = Motywujesz

                     









5 komentarzy:

Szablon by Selly