czwartek, 10 lipca 2014

Rozdział XXV

Lily
Nazajutrz, z samego rana mama wyciągnęła mnie do miasta, na ostatnie
szkolne zakupy. Kiedy szłyśmy przez Stanford, przyglądałam się ludziom
w jakiś nowy, bardziej uważny sposób. Zwracałam uwagę na szczegóły,
takie jak egzotyczna uroda, obcy akcent. Próbowałam sobie wyobrazić,
jak bym się tutaj czuła, gdybym przyjechała z daleka i nie znała 
angielskiego. I byłabym zmuszana do pracy przez zastraszanie i maltretowanie.
Nigdy nie pomyślałam o sobie jako o kimś szczególnie uprzywilejowanym,
zwłaszcza odkąd się okazało, że muszę wyjechać z Londynu do tej dziury
i rozpadła mi się rodzina. Ale teraz już rozumiałam, że moje położenie jest
znacznie lepsze, niż mi się wydawało.
Na poczcie stałyśmy w długiej kolejce. Patrzyłam przez okno na ulicę. 
Myślałam o Justin'ie i dlatego z opóźnieniem rozpoznałam tę pochyloną,
szybko przemykającą drobną postać.
To była Lili, dziewczyna ze szwalni.
Nie tłumacząc niczego mamie, wyskoczyłam na ulicę i zobaczyłam, że Lili 
skręca w przecznicę naprzeciwko banku.
- Lili!
Wcale nie zamierzałam krzyknąć tak głośno. Aż podskoczyła, jakby poraził ją
prąd. Odwróciłam się. Oparta o ścianę,  patrzyła na mnie  szeroko otwartymi
ciemnymi oczami i skubał kołnierz swojej cienkiej, podszytej wiatrem kurteczki.
Była tak mała i krucha. że czułam się przy niej jak Guliwer wśród Liliputów.
Z tymi ciemnymi włosami, z wystającymi kośćmi policzkowymi przypomniała
trochę Pattie i pomyślałam, że może ona jest Chorwatką.
- Skąd znasz moje imię? - spytała, wbijając we mnie przerażony wzrok. -
Czego chcesz?
- Niczego, nie bój się. Chcę tylko porozmawiać.
Oddychała ciężko i mrugała powiekami. Jak osaczone zwierzę.
- Znałaś Pattie, prawda?
Efekt był natychmiastowy. Jej oczy napełniały się łzami i kiwnęła głową bez słowa.
- Jak ją poznałaś?- spytałam łagodnie.
- Pracowałyśmy razem przy sprzątaniu.
Przypomniało mi się, co mówił Justin: że Pattie wiele razy zmieniła pracę.
Lili musiała nabrać zaufania  do Pattie, kiedy pracowały razem.
-Pattie pomagać, a teraz nieżywa - powiedziała prosto z mostu i lekko
podniosła podbródek. - Ja też zaraz nieżywa, gdyby z tobą rozmawiać.
- Jeśli pójdziesz ze mną na policję, oni ci pomogą Lili - powiedziałam, ale ona
gwałtownie potrząsnęła głową.
- Policja wiedzieć. To na nic. Zostaw mnie.
Zanim zdążyłam znowu otworzyć usta, odwróciła się napięcie i pobiegła przed
siebie.
Wróciłam na pocztę, oszołomiona. Lili powiedziała  mi, że policja wie, co się tu
dzieje. Do kogo pójść z tą sprawą, jeśli  nawet policji nie można zaufać?
I wtedy pomyślałam o Willu, który jest dziennikarzem.
Może powinnam powiedzieć o wszystkim, a on napisze wielki artykuł. Ale
nadal nie miałam żadnych dowodów. I nie będzie ich, bo ludzie jak Lili za
bardzo się boją, żeby mówić. Wszystko to wyglądało beznadziejnie. Jeszcze
nigdy w życiu nie poczuła się tak bezradna.
Mama zrobiła mi wymówki, bo zniknęłam bez słowa. Więc wymamrotałam pod
nosem, że zobaczyłam na ulicy kogoś znajomego.Ale ledwie jej słuchałam.
Byłam tak rozkojarzona, że nie zauważyłam Abbie, póki nie zatrzymała się przy
nas.
- O! Cześć, Abbie! - powitała ją mama.
- Dzień dobry, proszę pani - odpowiedziała grzecznie.
- Cześć, Rose.
 Uśmiechnęłam się.
 Abbie przyglądała się mi ciekawie.
- Umówiłam się z paroma dziewczynami ze szkoły w kawiarence.- powiedziała.
Chcesz iść ze mną. Rose?
Zawahałam się. Tydzień temu przepuściłabym takiej okazji. Ale teraz w mojej
głowie panował taki zamęt, że nie byłam pewna, czy potrafię prowadzić
normalną rozmowę.
- Nie mam nic przeciwko temu, kochanie - zapewniła mnie. - Ostatnio byłaś
nieswoja. To ci dobrze zrobi.
- Dobrze, pójdę - odparłam. - Dzięki.
Pożegnałyśmy się i mama poszła w swoją stronę. Abbie przyglądała
mi się przez całą drogę.
- Domyślam się, że twoja mina ma jakiś związek z tym ładnym chłopakiem
z fotografii.
Uśmiechnęłam się mimo woli.
- Tak, w pewnym sensie. Nie wiedziałam, że to takie oczywiste.
Pokiwała głową.
-Tak, widać gołym okiem, że jesteś nieźle wkręcona.
- Pokłóciliśmy się. Zerwaliśmy ze sobą... chyba... - powiedziałam. I przystanęłam.
Ona zrobiła to samo. Ni stąd, ni zowąd miałam znowu łzy w oczach.
Abbie popatrzyła na mnie ze współczuciem i wyciągnęła z kieszeni chusteczkę
do nosa.
- Jest czysta - powiedziała.
Przyjęłam ją z wdzięcznością i wydmuchałam nos.
- Opowiesz mi, jak to się stało? - spytała.
- On... On... Ja... - jąkałam się. Chciałam jej opowiedzieć. Naprawdę, bardzo.
Chciałam powiedzieć jej, że jeszcze nigdy z nikim nie przeżyłam niczego
podobnego. Że chwila pocałunku z Justin'em była najlepszą chwilą mojego
życia. Wszystko to było takie cudowne. I zniknęło bez śladu. Chciałam
powiedzieć jej, że Justin nie był podobny do żadnego z chłopaków, których
znałam wcześniej. I nie dlatego, ze był duchem. Dlatego, że był samym sobą
i nie udawał nikogo innego.
Ale nie mogłam wykrztusić ani słowa. I tylko oddychałam głęboko, żeby się
pozbierać i nie zalać się łzami w jej obecności.
- Ale kiedy on wyjeżdża do Newcastle? - spytała Abbie.
Zmieszałam się i przez długą chwilę nie odpowiedziałam. Musiałam zrobić
przegląd wcześniejszych kłamstw.
- Nie wiem dokładnie. Chyba niedługo.
I naraz jakaś klapka w moim mózgu wskoczyła na swoje miejsce. Czemu
marnuję czas i cierpię z powodu urażonej dumy, zamiast pędzić
prosto do Justin'a? Bo przecież w głębi serca wiedziałam, że Justin nie chciał,
żebym odeszła. Po prostu nie był pewny, czy... Ale kto byłby pewny na jego
miejscu? Może czuł się upokorzony swoją sytuacją... A może chciał mnie
chronić.
Abbie ścisnęła moje ramię i odezwałyśmy się obie równocześnie.
- Posłuchaj, Abbie...
- A może powinnaś...?
Uśmiechnęłyśmy się do siebie, bo obie równocześnie wpadłyśmy na tę myśl.
Poczułam przypływ szczęścia. Cokolwiek się wydarzy, mam w Stanforld
prawdziwą przyjaciółkę.
- no to idź - powiedziała. - Zadzwonię do twojej mamy i powiem jej, że po
tym spotkaniu zabieram cię do siebie. I nie śpiesz się.
- Dziękuję, Abbie. Jesteś cudowna.
- Powodzenia.
Uścisnęłam ją, a ona na pożegnanie podniosła dłoń i pomachała palcami.
- Cześć! - zawołała przez ramię. - Tylko nie rób nic, czego ja bym nie zrobiła.
I odeszła.
...
Kiedy zbliżałam się do wesołego miasteczka, zauważyłam parkujące nieopodal
wielkie ciężarówki i buldożery. Moje serce zaczęło łomotać. Czyżby już wzięli
się do burzenia? Tak szybko? Czyżbym się spóźniła?
Podbiegłam do robotnika, siedzącego w jednej z ciężarówek. Palił papierosa
i słuchał radia.
- Przepraszam...
Spojrzał w dół i nie od razu mnie zauważył.
- Co się stało, mała? - spytał z uśmiechem.
- Czy prace rozbiórkowe w wesołym miasteczku już się zaczęły? Myślałam, że
zaczną się dopiero po Nowym Roku.
- Zmiana planów - odpowiedział. - Czekam tylko na sygnał do rozpoczęcia
rozbiórki. Ale nie spieszy mi się za bardzo. Smutno będzie na to patrzeć.
- Hmmm... Tak...
Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale ja już odeszłam, gryząc paznokieć i
zastanawiając się gorączkowo. Z jego ciężarówki wejście było doskonale
widoczne. Nie powinnam się to kręcić. Udałam więc, że odchodzę, ale gdy
tylko doszłam do rogu parkanu, przyczaiłam się za nim i wyjrzałam ostrożnie.
Włosy są tym, co we mnie najbardziej przyciąga uwagę, więc ukryłam je pod
czapką i wróciłam do bramy. Nikt na mnie nie patrzył. Kiedy już byłam przy
kołowrocie, zaczęłam szukać w kieszeni biletów... lecz ich nie znalazłam.
Chciało mi się płakać. Widziałam kiedyś, jak Justin przeskakiwał przez
kołowrót, ale on miał dłuższe nogi i mocniejsze ramiona. Tak czy inaczej,
musiałam dostać się do środka.
Wzięłam głęboki oddech, zaczęłam gramolić się nieelegancko przez barierkę
i zahaczyłam kurtką o metal. Jakoś się uwolniłam. wydawało mi się, że
usłyszałam za plecami niepokojący odgłos - lecz byłam już po tamtej stronie.
Zauważyłam grupkę ludzi, stojących w najdalszym kącie. Chodzili to i tam,
coś notowali. Trzymając się cienistych miejsc, przemieszczałam się w
stronę tunelu strachu.
Nie odważyłam się włączyć świateł. Weszłam więc do ponurego wnętrza
po ciemku.
- Justin! - odezwałam się głośnym szeptem. Zaczynałam drżeć ze strachu
i od nadmiaru adrenaliny.
Usłyszałam szmer gdzieś w głębi i nagle zobaczyłam go. Stał przede mną,
blady i bardzo zmęczony, ale cały czas przystojny jak przedtem.
Jego twarz rozjaśnił szeroki uśmiech. Padliśmy sobie w ramiona,
I niepotrzebnie zastanawiałam się, co mu powiem, bo żadne z nas nie
mogło się odezwać przez bardzo długi czas.
Kiedy już przestaliśmy się całować, przytulił mnie jeszcze mocniej i szepną
mi prosto do ucha:
- Rose!
Nie mógł uwierzyć, że to naprawdę ja?
Kiedy mnie puścił, staliśmy przez chwilę naprzeciwko siebie w niezręcznej
ciszy, jakby nigdy nie było tego co się wydarzyło przed chwilą. A między
nami piętrzyły się niewypowiedziane słowa.
Justin pierwszy przerwał milczenie.
- Przepraszam cię za to, co wtedy powiedziałem. Byłem strasznie nakręcony.
Z powodu świąt. Wcale tak nie myślę!
- Wiem - powiedziałam cicho. - Mogłam mieć więcej cierpliwości
i zrozumienia...
- Jak dobrze cię znowu widzieć... Myślałem... Myślałem, że już nigdy...
A potem znowu porwał mnie w ramiona i całowaliśmy się bez końca.
Lecz jednak kiedyś musieliśmy przestać.
- Wiesz, co się tutaj dzieje, prawda? - spytałam.
Kiwną głową.
- Tak. Nie będę tu siedział do ostatniej chwili i czekał, aż dach mi się
zwali na głowę. Ale na razie zaczynają od diabelskiego młyna. Popatrzę,
jak to robią. - Zawahał się i po chwili mówił dalej, ściągnąwszy brwi.
- Jest jeszcze coś nowego. Spójrz!
Wyciągnął przed siebie ręce, a ja uskoczyłam, przerażona.
- Co to jest, Justin?
Były na pół przezroczyste. Widziałam zarysy palców. Wyglądały jak
utworzone z materii podobnej do baniek mydlanych. W dotyku pozostały
jednak take jak zawsze.
- Wydaje mi się, że stopniowo znikam. Zaczęło się od palców - powiedział.
- Widzę! Ale dlaczego?
- Nie wiem - popatrzył na mnie i wydawało mi się, że w jego oczach widzę
lek. - To tak, jakbym umierał. Ale przecież nie żyję już od dawna.
Nie mogłam mu pomóc. Ja też byłam przerażona.
- Z początku myślałem, że to z powodu zbliżającej się rocznicy - starał
się mówić normalnie, ale słyszałam drżenie w jego głosie. - Ale potem
zobaczyłem, że zaczynają się prace rozbiórkowe i pomyślałem...
- Że co?
- Pomyślałem, że mogę tu być, tylko póki stoi wesołe miasteczko, Rose
- powiedział cicho. - Że moje istnienie jest jakoś związane z tym
miejscem. Kiedy rozebrali autodrom, już zacząłem słabnąć. A potem
zaczęło się... - spojrzał z odrazą na swoje dłonie - ...to.
Chciałam go tylko przytulić. I sprawić, żeby to, o czym mówił, okazało
się nieprawdą. Ale to on miał rację. A czas uciekał. Zrozumiałam, że
muszę mu wszystko powiedzieć. Im prędzej, tym lepiej.
- Posłuchaj, Justin - zaczęłam. - Chyba już wiem, co odkryła Pattie.
Opowiedziałam mu o placu budowy i o paszportach w sejfie, o szwalni
i o Lili.
Kiedy skończyłam, jęknął.
- Pattie dostawała szału, kiedy działo się coś takiego. Nie mogła znieść
niesprawiedliwości.
Przez chwilę patrzył pod nogi, o czymś myślał. Potem odchrząknął.
- Muszę ci jeszcze o czymś powiedzieć - odezwał się. - Przypomniały
mi się różne rzeczy... na temat tamtego wieczoru.
Przełknął ślinę. Domyśliłam się, że to będzie coś, o czym trudno mu mówić.
- Powiedz mi - poprosiłam lekko. - Oczywiście, jeśli chcesz.
- tak, chcę - oświadczył. - Chcę, żebyś o tym wiedziała.
Wbił ręce w kieszenie i oparł się o ścianę. Znowu patrzył w ziemię.
- Byłem u mojego kolegi. Wpadłem do niego tylko na chwilę. Kiedy
wróciłem, Pattie była wściekła. Wciągnęła mnie do domu i obsztorcowała,
że się spóźniam. Powiedziała: "Idź do swojego pokoju i spakuj się. 
Wyjeżdżamy". W pierwszej chwili myślałem, że żartuje. Ale była zupełnie
poważna. Zacząłem się stawiać. Powiedziałem, że się stąd nie ruszę. Ale
tak spojrzała... Myślałem, że mnie zabije wzrokiem.
Umilkł.
- I co dalej? - spytałam szeptem.
- Poszedłem do siebie, pozbierałem z podłogi brudne podkoszulki i
wrzuciłem do plecaka. Nie mogłem uwierzyć, że ona to mówiła na serio.
Westchnął głęboko.
- Tego dnia pogoda była okropna. Kiedy wsiadaliśmy do samochodu, lało
jak z cebra. Najpierw przyjechaliśmy tutaj, do wesołego miasteczka.
I zobaczyłem, że na tylnych siedzeniach leży jakaś paczka. Kazała mi
zostać w samochodzie,a sama przeszła przez kołowrót i wróciła bez
paczki. Ale nie powiedziała mi , co z nią zrobiła. Jechaliśmy przed siebie
i w pewnym momencie zauważyliśmy z tyłu świtała samochodu. Ktoś
jechał za nami. Pattie docisnęła pedał gazu, ale tamten samochód też
przyspieszył. I próbował zepchnąć nas z drogi.
- Czarna terenówka?
Kiwną głową.
- Znak rejestracyjny McA 2?
- Skąd wiesz?
Powiedziałam mu, a serce biło mi coraz szybciej, w tempie chyba
dwunastu uderzeń na minutę.
- Właśnie. to w ich stylu. Minęliśmy krzyżówkę za wzgórzem, a potem
wszystko działo się bardzo szybko. Usłyszeliśmy głuchy łomot i mój fotel
znalazł się w jakiejś dziwnej pozycji, nie wiedziałem dlaczego. To było
dlatego, że nasz samochód nie miał już gruntu pod kołami. Na desce
rozdzielczej zapaliły się wszystkie światełka i walnęliśmy w coś jeszcze
raz. Fale uderzały w szyby. To było straszne. Pogrążyliśmy się w
wodzie. Pamiętam jeszcze sanitariuszy z karetki pogotowia. Pochylali
się nad Pattie. I jacyś ludzie mówili, że trzeba będzie wyciągnąć nasz
samochód z wody.
Urwał, a ja wzięłam go za rękę. Drżała. Patrzył w ziemię, ale przed
oczami miał tamtą scenę. W końcu podniósł wzrok i wydał z siebie
jeszcze jedno westchnienie, a potem wziął się w garść.
- To okropne, Justin - powiedziałam słabym głosem. Nie mogłam
pogodzić się z tym, co go spotkało. - Okropne.
Trzymał moją rękę, jakby to mnie trzeba było pocieszyć.
- Myślę, że w tej paczce były dowody. Pattie musiała gdzieś tutaj je
ukryć. Ale szukałem już wszędzie. Nawet...
Usłyszeliśmy na zewnątrz jakieś głosy i Justin urwał.
- Szybko, tędy! - szepną cicho i pociągnął mnie za rękę wzdłuż
wagoników. Na chwilę przywarliśmy do ściany. Z obrzydzeniem odsunęłam
od siebie coś kosmatego, co otarło się o mój policzek. Wyobraziłam
sobie, że to ten wielki pająk, którego kiedyś tu widziałam. Ale Justin
chyba wiedział, dokąd mnie prowadzi, mimo że otaczały nas ciemności.
Zatrzymaliśmy się i uprzytomniałam sobie, że jesteśmy właśnie w tym
miejscu, gdzie kiedyś usłyszałam szept. Ale teraz mnie to już nie
przerażało. Bardziej niż duchów obawiałam się tych żyjących, którzy byli
zdolni do wszystkiego.
Justin wyciągnął z kieszeni swój pęk kluczy.
- Co ty robisz? - spytałam szeptem.
- Cicho!
Usłyszałam zgrzyt klucza w zamku i ściana nagle ustąpiła. Zrozumiałam, że
były tam drzwi. Justin wciągnął mnie przez nie i zamknął je znowu,
starając się zrobić to jak najciszej. Znaleźliśmy się w pomieszczeniu,
w którym paliła się zakurzona żarówka, kołysząca się z lekka na
sznurze. Żółtawy blask ledwie rozświetlał ciemności.
Wyglądało tu, jak w nieużywanym od dawna magazynie. Leżały stosy
żelastwa, jakieś części zmienne do różnych urządzeń. Zauważyłam
głowę lwa o świecących oczach, przyśrubowaną do krzesełka, które
mogło zostać wymontowane z karuzeli dla maluchów. Były tu także rzeczy
z tunelu strachu, takie jak czaszki od plastikowych szkieletów i strój
King Konga.
- Do wczoraj nie miałem pojęcia o istnieniu tego pokoju - powiedział
cicho Justin. - Odkryłem go przypadkiem. Jest tak ukryty, że jeśli o nim
nie wiesz, nie domyślisz się. Ale znalazłem tu pety od papierosów,
które paliła Pattie. Lubiła mocne, francuskie. Więc jestem pewny, że
ona to miejsce znała.
Już otwierałam usta, ale wiedział, o co chcę zapytać.
- Szukałem. Tu nie ma nic.
Podłoga była zrobiona z grubych desek. Zrobiłam krok do przodu
i stanęłam jak wryta.
- O! - powiedziałam, prostując się. Przez chwilę stałam nieruchomo, a
potem lekko podskoczyłam. Czułam, że mój umysł pracuje na
najwyższych obrotach. Uklękłam i spróbowałam podnieść krawędź
deski.
- Co robisz? - spytał Justin.
- Pomóż mi - poprosiłam.
Ukląkł obok mnie. Z trudem podważyliśmy deskę i oto trzymaliśmy ją
w rękach. Pod nią znajdowała się skrytka. Wymieniliśmy spojrzenia.
Justin włożył do niej rękę i próbował znaleźć dno. Podniósł brwi,
położył się na podłodze i włożył rękę jeszcze głębiej. Wstrzymał
oddech i wyciągnął grubą brązową kopertę formatu A4.
- Zobaczymy, co w niej jest! - powiedziałam. Justin wyjął z niej plik
fotografii i kilka arkuszy papieru.
Niektóre zdjęcia przedstawiały cudzoziemców o ciemnych oczach, na
innych widać było różne uszkodzenia ciała. Jakiś mężczyzna podnosił
podkoszulek, pod którym widać było straszny siniak na brzuchu.
Zobaczyliśmy stos paszportów w otwartym sejfie, takim samym jak ten,
który widziałam w przenośnym kontenerze. Była fotografia pokoju,
w którym stłoczeni ludzie leżeli na podłodze, śpiwór przy śpiworze.
Ściany lśniły od wilgoci i łuszczyła się z nich farba. Wyglądało to
okropnie. Było zdjęcie Alexa McAllistaira, wchodzącego do domu
o oknach zabitych deskami. Otwierał drzwi i patrzył przez ramię
w stronę obiektywu.
- Założę się, że to kwatery dla niewolniczej siły roboczej - szepnęłam.
Justin kiwnął głową.
- Tak. I założę się, ze dom należy do tego łajdaka.
Na jednej z kartek zobaczyliśmy listę obco brzmiących nazwisk. Przy
niektórych dopisane były jakiej sumy pieniędzy, najczęściej trzysta
lub czterysta funtów. Nic z tego nie rozumiałam. Ale na ostatnim
arkuszu zobaczyłam coś, co zrozumiałam aż nadto dobrze. Był to list
napisany z błędami.
Jestem przetrzymywana w tym kraju wbrew mojej woli. Przywieźli
mnie tutaj, żebym pracowała, i obiecali, że zarobię pieniądze dla
mojej rodziny. Ale zabrali mi paszport i teras jestem uwięziona.
Jest wielu takich jak ja przy Manley Road 77 i 78. Nazywam się
Lili Babić.
Spojrzałam na Justina, przejęta.
- To ona. Ta dziewczyna ze szwalni. Mówiłam ci o niej.
- Pilnuj tego jak oka w głowie - powiedział Justin, wkładając zdjęcia
i papiery z powrotem do koperty. Nie miałam żadnej torby, do której
mogłabym ją schować, więc rozpięłam kurtkę i schowałam kopertę
pod swetrem, wetknąwszy ją za pasek od spodni.
- I co dalej? - spytałam.
- Teraz spróbuję cię stąd bezpiecznie wyprowadzić.

Od Autorki : ....
Przepraszam za to że rozdział nie został dodany na czas.
Kolejny rozdział pojawi się w Sobotę <33
...
Czytasz=Komentujesz=Motywujesz







5 komentarzy:

Szablon by Selly